Yoggotta

Śmiałeś się, wchodząc tam i rozglądając się po ich przerażonych, skamieniałych ze strachu twarzach. Nawet moja matka zamarła, patrząc na Ciebie. Bali się Ciebie, z dokładnie tak samo niezrozumiałych powodów, z jakich moi rówieśnicy trzęśli się, siedząc obok mnie. Ale Ty nie milczałeś.

- Nie powiecie mi nic nowego? Nie przywitacie się? Czy może już o mnie zapomnieliście? – Twój głos niósł się po sali, tak doskonale, jakby nawet te zniekształcone potwory jęczące całymi godzinami na szpitalnych łóżkach rozumiały, że to Ty lordzie. Ten, który lał mnie po rękach, trzęsąc się dał Ci jakiś świstek, a Ty, Ty mój doskonały lordzie wybuchłeś śmiechem, który jak żaden inny do tej pory sprawił, że czułem, jak serce staje mi w gardle. Bałem się, jakbyś to ze mnie się śmiał.

- Co to za papier? Czy ja prosiłem o makulaturę? Czytać pierdoły mogę też kiedy siedzę w domu. Odpowiadajcie mi do cholery! – wyjąłeś papierosa, odpaliłeś i patrzyłeś czekając, aż odpowiedzą. Nie pamiętam co ci powiedzieli, ale nie byłeś zadowolony, teraz wiem, chociaż wtedy myślałem, że wszystko w porządku, ponieważ uśmiechnąłeś się i zakręciłeś wesoło w miejscu. Mój doskonały lordzie… jak mało wtedy o Tobie wiedziałem. Przepraszam, że się wtedy myliłem. Kręciłeś się pomiędzy łóżkami, tańczyłeś i rechotałeś, potem zatrzymałeś się przy karle, przy którym chodzili od rana.

- Nie wiem, dlaczego wszystko idzie wam zawsze pod górkę. Pierdoleni cudotwórcy, tylko cudów wam braknie. Po cholerę ten tu leży, co? Jest niski, ale to chyba nie wymaga leczenia, co nie? Trzeba było dać mu szczudła i puścić wolno – powiedziałeś. Upuściłeś papierosa i zakaszlałeś krwią, zasłoniłeś usta dłonią, którą otarłeś o spodnie. Krwią… byłeś taki słaby mój lordzie. Drżały ci dłonie. Odłączyłeś go, ale najwyraźniej dolegało mu coś więcej niż niski wzrost. Znów się zaśmiałeś, gdy próbowali go ratować.

- Chciałbym, żebyście przyłożyli się do swojej pracy. I nie chowali bękartów za szafami, bardzo nie lubię, gdy ktoś patrzy mi na ręce – oświadczyłeś. Skąd wiedziałeś? Tego nie dowiedziałem się nigdy – przecież nie spojrzałeś na mnie nawet przez moment, śledziłem każdy Twój ruch, zauważyłbym. Nie. Ty zajmowałeś się sprawami dużo istotniejszymi, niż jakiś tam chłopiec schowany za szafą. A jednak! Widziałeś mnie; jakoś odgadłeś to, czego nie potrafili wszyscy krzątający się tam ludzie. Bałem się, panicznie się bałem, gdy to powiedziałeś, ale tylko wyciągnąłeś kolejnego papierosa i ruszyłeś do wyjścia.

- To nie jest czas, ani miejsce, żeby przyprowadzać dzieci do pracy. Jeśli to się powtórzy, przestanę być miły - wyszedłeś i tyle Cię widziałem.

Wydałeś mnie wtedy, mój lordzie i gotów Cię byłem na ten czas znienawidzić. Musiałeś przecież wiedzieć, jakie poniosę konsekwencje swojego postępowania, musiałeś wiedzieć, co ze mną zrobią. I przez pewien czas byłem na Ciebie zły, chociaż Cię wcale nie znałem lordzie. Mój doskonały lordzie… za to również muszę przeprosić, za listę swoich złorzeczeń, przekleństw powtarzanych pod twoim adresem w myślach.

Złapał mnie ten, który bił mnie po rękach. Darł się, wyzywał mnie po wielokroć i klął w kilku językach. Matka nic nie powiedziała, bo cóż mogła? Zasłużyłem sobie przecież. Zaciągnął mnie do sali obok, a ja… ja również krzyczałem, błagałem, płakałem, popadałem w histerię. Nic nie pomogło. Lał mnie, najpierw pasem, potem rękoma.

Nigdy tak naprawdę nie miałem ojca mój lordzie i nikt, prócz tego chirurga mnie nie karał. Był zły na to, że nie pracuje na sali, tylko w laboratoriach (na jego miejscu podejrzewam, że też bym był). Tylko on potrafił zrobić co należy, potrafił mnie ukarać. Lał mocno, tak, że czuć było jeszcze następnego dnia i wygłaszał stosowne uwagi co do mojego zachowania. Oczywiście nic z nich nie wynosiłem: nie dlatego, że nie rozumiałem, ale ponieważ nie słuchałem. Żadne dziecko nigdy nie słucha.

Kiedy wróciłem do mieszkania byłem siny od ramion w dół, z pręgami na skórze, ale matka się nie martwiła. Podała mi kolację i powiedziała, żebym założył na następny dzień rękawiczki i zapiął koszulę pod szyją. Pilnował, by wszystko pozostało niewidoczne.

Tak właśnie z tchórza czyni się nieczułego człowieka. Nie wielkimi ideami, nie poruszającymi serca mowami – rzeczywistość jest mój lordzie o wiele, wiele prostsza – podobnie do zwierząt hodowlanych nie czujemy wewnętrznej potrzeby robienia czegoś, ale wiemy, że tak należy postąpić, bo tego od nas oczekują. A może to tylko kolejny stopień tchórzostwa? Nie wiem, wiem natomiast, że uczyłem się wtedy jak mało znaczy to, że kogoś boli. Blizny i pręgi nie były dla mnie nigdy powodem do dumy. Świadczyły o wstydzie, ponieważ dałem się złapać, więcej – pozwoliłem się ukarać. Teraz wiem już, za wszystko trzeba zapłacić i wszystko ma swoją cenę: taka była cena zobaczenia Cię po raz pierwszy mój lordzie, ale było warto, naprawdę było.


Komentarze (0)

Brak komentarzy

Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!