Ryc. 6 Moje pierwsze ulepione ciało
Nim ulepiłem się znów, z atomów rozrzuconych w takim nieładzie, zjawił się pan Asmodeusz. Nie był zły, jak się spodziewałem, ani nawet specjalnie zaskoczony. Nie byłem najwyraźniej jedyną Yoggottą, która dzięki niemu nią została. Zlepił mnie z pewnym rozbawieniem, pewnością, jakiej mi brakło. Czułem, co robi, jak rzeźbi w materii i uczyłem się jak tego dokonać – to były moje pierwsze instrukcje. Nauczyłem się lepić sobie ciało, ludzką niemalże powłoczkę do ukrywania postępującej zgnilizny, jak piszą księgi. Ukrywania tego, czym się stałem.
Nie przypominałem siebie. W lustrze, zawieszonym na ścianie w pokoju, zobaczyłem kogoś zupełnie, zupełnie innego. Dość pulchnego blondyna o zestrzyżonych w szpic włosach i kanciastej żuchwie. Nie było źle, jak na pierwszy raz. Demon obserwował mnie niezbyt dumny z naszego wspólnego dzieła, ale i zaciekawiony tym, co ode mnie usłyszy. O nic nie pytał: stał i oczekiwał na mój ruch.
- Umowa nie obowiązuje, prawda? – zapytałem zupełnie obcym sobie głosem, dość twardym, dużo bardziej niż poprzedni.
- Musiałbyś mieć, czym mi zapłacić, a nie masz. Twoja dusza zlała się w jedno z duszą śmiertelnika i przestała być energią. Ulepiła dla ciebie cielsko potwora, które schowaliśmy wspólnie za nieco ładniejszą skórką. Co zamierzasz dalej? – demony nie są dobrymi kompanami w takich sprawach. Nie przypominają w niczym dobrych przyjaciół, nie radzą tak by być delikatnymi. Są znudzone, tak, jak mój lord nigdy nie był.
- Chyba… chyba dowiedzieć się jak mam na imię – nie czułem niepewności, ani strachu. Odkryłem właśnie, że jestem nagi, ale nie było też wstydu. Nie było tylu uczuć, do których się przywiązałem ale wtedy nie zajmowało mnie to wcale: czułem ulgę po tak długim trwaniu gehenny pracy przy starym, chociaż o niej samej nawet nie pamiętałem.
- To, które masz, nie jest aktualne, bo nie jesteś człowiekiem. Znajdź kogoś, kto ci jakieś nada – odpowiedział demon. Patrzyłem na niego i wierzyłem, że może mieć rację.
- Jesteś tu, więc proszę, nadaj mi jakieś – poprosiłem, chociaż nie brzmiało to jak prośba. Zaczynało mi się wolno przypominać, co się stało, kim był człowiek, którego zwłoki leżą na łóżku, kto stoi przede mną. Wszystko zaczynało się układać kawałek po kawałeczku. Za wyjątkiem mojego imienia… zauważyłem też coś jeszcze: pamiętałem wszystko to, co pan Felister Macbrückner. Pamiętałem wszystko to, czego uczył, potrafiłem też wytłumaczyć wszystko, dokładnie jak on. Miałem jego umiejętności.
Brak komentarzy
Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!