Yoggotta

Poskładać się z powrotem, każdy atom ciała umieścić samemu we właściwym miejscu – proste zadanie, naprawdę proste. Zwłaszcza, gdy się wie jak tego dokonać. Przypomina to nieco układanie włosów, czy poprawianie okrycia przed wyjściem. Jeśli się nosi ciało jak ubranie, ma ono zupełnie przyjemniejszą naturę: nie przeszkadza tak w tym, co robimy.

Oczywiście tamtego dnia tego nie wiedziałem, ani też zupełnie niczego innego. Nie pamiętałem nawet swojego własnego imienia. Coś na K. Chyba… czym jestem? Kim? I gdzie? Strach zniknął sam… a wraz z nim wszystko inne. A może to on nie pozostawił już nic innego i dlatego odszedł? Już się nie bałem. Nie pamiętałem, czego miałbym się bać i do dziś nie wiem: co było takiego strasznego w tamtej chwili? Może nie bałem się ja, tylko moja dusza, wijąca się w bardzo charakterystyczny sposób, protestująca przeciwko losowi, na jaki ją skazuję. Może to ona sprawiała, że te niepojęte niepokoje i strach tak długo nie odpuszczały – ale kiedy skończyła wreszcie tak żałośnie kwilić byłem wolny. Cierpiała chyba, ale nigdy nie miałem okazji jej o to zapytać. Zresztą… to nastręczyłoby wielu problemów: na przykład jak zwracać się do własnej duszy? Drogi ja? Proszę pana? Miła duszo? I co jej niby powiedzieć?

Nie miałem ciała i jak wkrótce miałem się przekonać duszy, jako takiej, też już nie posiadałem. Składałem się powoli, z mozołem, myląc niektóre fragmenty, to znów je naprawiając. Wszystko szło opornie. Jak można składać swoje ciało nie znając imienia, jakie się nosi? Wszystko ma swoje imię, niezależnie, jakie ono jest. Nadają je zaklęcia, ewolucja, moc sprawcza, która sprawia, że kwiat wie, że ma być kwiatem i pachnie niezmiennie od tego jak go potem nazywają. Byłem człowiekiem: to było moje imię naddane wcześniej, ale byłem już zupełnie pewny, że nim nie jestem. I nie jestem Ko… Ka… ani niczym, czym mianowała mnie moja matka. Czym więc jestem? Jak mam się poskładać?

Śmieszny dylemat patrząc na to teraz: wiem doskonale kim jestem - Yoggottą. Wiem też, że imię i forma nie mają najmniejszego znaczenia – takim jak ja nadają je panowie. Zresztą i temu nie jestem posłuszny do końca: sam wybrałem formę, w jakiej pojawiłem się na spotkaniu i imię, jakim przedstawiłem się mojemu lordowi. On chyba lubi to wcielenie, jakie przybrałem: odpowiada ono jego oczekiwaniom, jakie stale wobec mnie zwiększa. Doskonały lord o zapachu krwi… nie sądzę, żeby w wypadku, gdyby to on wybierał dałby mi czerwone włosy i delikatny uśmiech. Nie sądzę, żeby w pierwszej chwili myślał o kimś podobnej postury, jaką przybrałem. Ale nigdy też nie zażądał zmian, nawet, gdy zdawał sobie już sprawę z takiej możliwości.

Ryc. 6 Moje pierwsze ulepione ciało

Nim ulepiłem się znów, z atomów rozrzuconych w takim nieładzie, zjawił się pan Asmodeusz. Nie był zły, jak się spodziewałem, ani nawet specjalnie zaskoczony. Nie byłem najwyraźniej jedyną Yoggottą, która dzięki niemu nią została. Zlepił mnie z pewnym rozbawieniem, pewnością, jakiej mi brakło. Czułem, co robi, jak rzeźbi w materii i uczyłem się jak tego dokonać – to były moje pierwsze instrukcje. Nauczyłem się lepić sobie ciało, ludzką niemalże powłoczkę do ukrywania postępującej zgnilizny, jak piszą księgi. Ukrywania tego, czym się stałem.

Nie przypominałem siebie. W lustrze, zawieszonym na ścianie w pokoju, zobaczyłem kogoś zupełnie, zupełnie innego. Dość pulchnego blondyna o zestrzyżonych w szpic włosach i kanciastej żuchwie. Nie było źle, jak na pierwszy raz. Demon obserwował mnie niezbyt dumny z naszego wspólnego dzieła, ale i zaciekawiony tym, co ode mnie usłyszy. O nic nie pytał: stał i oczekiwał na mój ruch.

- Umowa nie obowiązuje, prawda? – zapytałem zupełnie obcym sobie głosem, dość twardym, dużo bardziej niż poprzedni.

- Musiałbyś mieć, czym mi zapłacić, a nie masz. Twoja dusza zlała się w jedno z duszą śmiertelnika i przestała być energią. Ulepiła dla ciebie cielsko potwora, które schowaliśmy wspólnie za nieco ładniejszą skórką. Co zamierzasz dalej? – demony nie są dobrymi kompanami w takich sprawach. Nie przypominają w niczym dobrych przyjaciół, nie radzą tak by być delikatnymi. Są znudzone, tak, jak mój lord nigdy nie był.

- Chyba… chyba dowiedzieć się jak mam na imię – nie czułem niepewności, ani strachu. Odkryłem właśnie, że jestem nagi, ale nie było też wstydu. Nie było tylu uczuć, do których się przywiązałem ale wtedy nie zajmowało mnie to wcale: czułem ulgę po tak długim trwaniu gehenny pracy przy starym, chociaż o niej samej nawet nie pamiętałem.

- To, które masz, nie jest aktualne, bo nie jesteś człowiekiem. Znajdź kogoś, kto ci jakieś nada – odpowiedział demon. Patrzyłem na niego i wierzyłem, że może mieć rację.

- Jesteś tu, więc proszę, nadaj mi jakieś – poprosiłem, chociaż nie brzmiało to jak prośba. Zaczynało mi się wolno przypominać, co się stało, kim był człowiek, którego zwłoki leżą na łóżku, kto stoi przede mną. Wszystko zaczynało się układać kawałek po kawałeczku. Za wyjątkiem mojego imienia… zauważyłem też coś jeszcze: pamiętałem wszystko to, co pan Felister Macbrückner. Pamiętałem wszystko to, czego uczył, potrafiłem też wytłumaczyć wszystko, dokładnie jak on. Miałem jego umiejętności.

Komentarze (0)

Brak komentarzy

Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!