Macbrückner żył jeszcze 5 lat, a dokładnie cztery lata i siedem miesięcy. Nienawidziłem starego, najbardziej chyba ze wszystkich tych, którym służyłem aż do teraz, ale kłaniałem się usłużnie, gdy wchodził do pokoju, spełniałem każde polecenie, sprzątałem po nim, gdy wychodził. Wychudłem na ten czas bardzo, nie miałem za co jeść, ani porządnie się ubierać, więc i moje oblicze przerodziło się w obraz nędzy i rozpaczy. Nastolatek o wątpliwej urodzie, był teraz dwudziestodwulatkiem ubranym w podarty garnitur i okulary, tym razem potrzebne. Gdy człowiek nie odżywia się odpowiednio i pracuje w takich warunkach, jakie zapewniał pan Macbrückner nie sposób jest zachować zdrowia. Ale nic mnie nie obchodziło, że ciało się sypie. Chroniłem coś znacznie trwalszego jak mi się wydawało: moją duszę.
Stary, bo tak go wtedy nazywałem do końca nie wierzył w to, że mogę zażądać zapłaty. Nawet ja w to chwilami wątpiłem. Jak zjeść duszę? Czytałem o tym, ale podobnie jak z seksem, co innego zaczytywać się w książkach, co innego zrobić to na żywo. Bardzo podobnie zresztą, żadna instrukcja nie opisze doznań zmysłowych, jakie temu wszystkiemu towarzyszą. Nie miałem do dziś dzień rozkoszy większej od dusz, jakimi się żywię i żadne cielesne przyjemności nie odpowiedzą na żądze, jakie gasi rytuał jedzenia.
Gdy umierał zamknąłem jego pokój i zaszyłem się w nim wspólnie ze starym. Nie chciał mnie tam, ale nie nawykłem nigdy do słuchania próśb umierających: one nic już nie zmienią, wszystko, co ostateczne jest już dokonane i nieubłaganie zmierza ku końcowi. Zresztą na okazję tego właśnie wydarzenia podwędziłem z jego portfela pieniądze i sprawiłem sobie drogie i piękne ubranie, cudowną białą koszulę i skrojone na miarę spodnie. Istnie cudowny zestaw.
Felister mówił coś o tym, że pielęgniarka z sali numer osiem ma z nim dziecko. Nie musiał tego mówić… wiedziałem doskonale o wszystkich jego grzeszkach, w końcu to ja po nich sprzątałem. W ludzkim ciele takie ekscesy, jak praca w podobnym wymiarze godzin, są wyjątkowo uciążliwe… całe szczęście ludzkie ciało można szybko zmienić na lepsze.
Do jedzenia zabierałem się jak nie wprawny ku temu trzylatek. Stosunkowo dobrze rozumiałem, co i gdzie, ale nie szło mi to najlepiej. Wyciągnąć duszę z ciała… kiedy teraz o tym myślę przypomina mi się mój lord, który z taka wprawą, jakby czynił to po wielokroć wcześniej wyciągnął ją z ciała i nawiniętą na palce wcisnął do ust, jak ciastko, czy świeży obiad. Robił to po raz pierwszy, wiem doskonale, ale z takim wdziękiem i wprawą, do której mi i teraz brakuje. Delikatność… to to, czego Yoggotty nie potrafią nigdy opanować w zadawalającym stopniu, a przynajmniej nie gdy jedzą.
Wyciągnąłem duszę po piątej próbie, utytłany rytualnymi maziami i wśród znaków przerysowanych z książek. Potem dowiedziałem się, że to tylko proforma dla urozmaicenia rozrywki, wtedy sądziłem, że jest niezbędna. Wysyczałem sterty formuł, które sprawiły, że kłębek energii wysunął się powoli z jego ust, jak mgiełka, albo bardziej trafnie: jak pajęczyna powiewająca na wietrze. Nie spodziewałem się takiego widoku, prawdę powiedziawszy, nie rozumiałem idei duszy. Czy nie powinna być światłem? Albo być bardziej materialna skoro miałem ją zjeść?
Zabrałem się więc za jedzenie. Nawinąłem ją na palce - przez przypadek, zupełny przypadek, bo wyciągnąłem do niej dłoń i sama zaplątała się pomiędzy wskazującym a kciukiem. Miała konsystencję przypominającą nieco watę stosowaną w szpitalnych salach do osuszania różnych cieczy, mycia… niezbyt przyjemne uczucie za pierwszym razem, ale tylko za pierwszym. Przysunąłem ją do ust i spróbowałem. Wiła się jak owad, kręciła się. Cofnąłem ją od ust. Musiało to wyglądać istnie przezabawnie, ale nie było mi do śmiechu. Serce wyrywało się z nietrwałej piersi, dłonie drżały, bardzo mocno drżały. Zebrałem się w końcu na odwagę i włożyłem ją całą pomiędzy zęby, zeskrobałem z palców i przeżułem, wolno, jak pisali w księgach. Nie dawało mi wówczas żadnej przyjemności samo żucie, ponieważ, zupełnie jak dziecko pijące alkohol: nie potrafiłem tego robić. Przełknięcie jej było trudne, ale gdy spłynęła wzdłuż przełyku…
Logicznym było by pomyśleć o konsekwencjach mojego czynu, o tym, że ludzkie ciało jest za słabe na podobne zachcianki i nawet, gdy udaje się je zmusić do działania to i tak się rozleci. Pomyśleć o tym, że może to, co podobno robią demony jest domeną tylko demonów.
Ludzkie ciało jest nietrwałe, w przeciwieństwie do tego, co roją sobie młodzi i silni, a potem powtarzają ich dzieci, gdy rodzicom przychodzą pierwsze dolegliwości. Rozpada się i gnije już za życia, marszczy się, poci, wydala i trawi. Nic w nim nie ma prawa trwać: wypadają włosy, zęby, złuszcza się skóra. Nieustanne umieranie: w ciągu przeciętnej długości życia człowieka na Leokasji, czyli około 55 – 59 lat komórki skóry całkowicie wymieniają się i obumierają osiem razy, a ciało zrzuca około 18 kilogramów skóry. Niepostrzeżenie oczywiście, wszystko dzieje się niepostrzeżenie, żeby nie burzyć tej cudownej wiary, że wszystko jest dobrze. Żeby nie wybuchła panika, gdyby nagle dotarło do nas wszystkich, że po prostu umieramy – wszyscy rozsypujemy się coraz bardziej, a przy życiu trzyma nas tylko trochę świadomości i odrobina przychylnych warunków. Równowaga, balans duszy i fizycznych czynników.
O tym też oczywiście zapomniałem: chroniłem coś cenniejszego od ciała, coś trwalszego jak mi się wtedy wydawało.
Najpierw rozsypały się dłonie, potem nogi i głowa. Trwało dłużej, nim zniknął też tułów i nic ze mnie nie zostało po za duszą i wspomnieniami pana Felistra Macbrücknera. Nie wiedziałem wtedy, że będę potrafił dokładnie wszystko to, co i on… przerażało mnie to wszystko… przerażało, ale nie było tego charakterystycznego bębnienia serca i zastrzyku adrenaliny. Nie miałem ciała – rozpadło się na atomy po tym, jak zrobiłem to, czym parają się starsi i silniejsi ode mnie. Nie czułem dotyku, ale jednak byłem, widziałem doskonale łóżko z ciałem pana Macbruckenera. I zapachy… one też nie zniknęły, choć ciało starego cuchnęło inaczej niż zwykle. Dziś wiem… był to zapach, jaki pozostawia po sobie strach i zaskoczenie.
Pamiętam strach, którego nie sposób opisać. Swój strach, tym straszniejszy od tego, jaki zna każdy człowiek, że niemający ani końca, ani początku, tłukący się w każdym rozsypanym atomie i krążący wokół, jakby cała ta żałosna planeta składała się na moje ciało, które nie może wydać z siebie nawet jęku, żeby zdradzić swoje istnienie światu.
Ale w końcu zrozumiałem i nie brzmiało to ostatecznie tak strasznie – przestałem być człowiekiem. Nie jestem człowiekiem: non sum vir. Jeśli nie jestem człowiekiem, umowa zawarta z demonem przestaje mnie obowiązywać.