Kiedyś słyszałem, od jednego ze swoich smaczniejszych obiadów, że tylko ludzie potrafią się śmieć, ale to zupełna nieprawda. Poznałem kiedyś przeuroczą gorylicę, która śmiała się pogodnie ze wszystkich moich dowcipów, tym samym obalając jego niezwykle popularną, w późniejszym czasie, teorię.
Jesteśmy ludźmi, tak długo, jak czujemy potrzebę tajenia tego, co brudne, organiczne i oczywiste. Dopóki rozumiemy niuanse egzystencji, czujemy obrzydzenie na myśl o wszystkich, prozaicznie wręcz ludzkich, czynnościach i wzdrygamy się, z poczuciem wstydu malującym przepiękne rumieńce na naszych twarzach. Żadna Yoggotta się nie rumieni. Ani demon. Ani anioł. Ani bogowie. Nigdy. Rumieniec wstydu wstępuje jedynie na twarz człowieka, znacząc ją znamieniem klątwy, której nie sposób ukryć. Gdy macie wątpliwości czy stoi przed wami człowiek sprawdźcie czy się wstydzi. Ludzie się rumienią.
Żeby dokonać tego. o czym myślałem, trzeba było znaleźć kogoś, kto mi pozwoli pożywić się swoją duszą. Trzeba było odnaleźć drugiego, tak samo zapatrzonego w naukę głupca, jakim byłem ja – i doskonale wiedziałem, kto nim będzie.
Stary Macbrückner dożywający sobie spokojnie siedemdziesiątki w szpitalnych murach wybuchał śmiechem, gdy ktoś pytał go o magię.
Ubrałem się elegancko, nakręciłem zegarek, zjadłem niewielkie śniadanie złożone z kupionego chleba i odrobiny sera i poszedłem. Do szpitala wpuszczono mnie bez problemu, być może sądzono, że tak ubrany człowiek musi mieć tu jakąś sprawę do załatwienia. A może już wtedy wzięli mnie za posłańca mojego lorda? Nie było to istotne. Kiedy pan Felister Macbrückner mnie zobaczył nie dowierzał. Nie dowierzał też, gdy skłoniłem się nieco i uprzejmie się przywitałem. Z uśmiechem na ustach. Tym uśmiechem, którego przez całe lata nie widział nawet przez moment.
- Kodar! Co tu robisz? Słyszałem o twojej matce… bardzo mi z jej powodu przykro… - w istocie, bycie uprzejmym i eleganckim sprawiało, że ludzie zachowywali się zupełnie inaczej. Pan Macbrückner zmienił się w ciągu dosłownie kilku sekund z tego surowego człowieka w pogodnego staruszka. Niedowierzałem, ale nie dałem tego po sobie poznać – gdybym sobie na to pozwolił wszystko by się pewnie posypało. Odprawił uczniów, usiedliśmy przy jego biurku.
- Przychodzę do pana w bardzo nietypowej sprawie. Otóż właśnie w związku ze śmiercią matki poszukuję pracy. Chciałbym pracować tu, jako pański asystent… w zasadzie to mogę wykonywać większość pana pracy, w zamian za niecałe dziesięć złotych monet tygodniowo i pańską duszę. Tak, nie przesłyszał się pan – mówiłem spokojnie, na tyle na ile potrafiłem. Najpierw uśmiechnął się życzliwie, jakby sądził, że tylko żartuję. Kiedy jednak nie roześmiałem się tak, jak to czynią ludzie, gdy atmosfera gęstnieje, a rozmówcy chcą kontynuować rozmowę, zwęszył okazję. Oto siedzę przed nim ja, głupiec wierzący w bajeczki takie jak dusza, czy życie po śmierci. I chcę jeszcze za tę wyssaną z palca bajeczkę pracować pół darmo dla niego.
Może nie z palca. W istocie duszę wysysa się raczej przez usta, oczy, albo, w drodze wyjątku, przez wyrostek robaczkowy. Są nawet tacy ludzie, których dusza zamieszkała w żołądku. Żadna jednak nie mieszka w sercu, jak mylnie twierdzą niektórzy. To miejsce nienadające się do zamieszkania – głównie ze względu na jednostajne, miarowe bębnienie. Nie wdając się w szczegóły chcę jednak zaznaczyć, że nie wysysa się jej też jak małży ze skorupki, a nawija na palce i przeżuwa się wolno, aż do momentu, gdy przestanie tak żałośnie kwilić.
Pan Macbrückner naturalnie nadal nie wierzył w magię, czary, bóstwa, demony i przeczucia. Co za tym idzie: nie wierzył też w duszę.
To był pierwszy raz, gdy dotarło do mnie, że lepiej dla mnie jest, kiedy moi znajomi, że tak to ujmę, uważają mnie za głupszego od siebie, gdy tymczasem to oni tkwią w prawdziwym błędzie. Udało mi się wytrwać w takim stanie przez większość mojego życia… aż do dnia, w którym lord podpisał ze mną umowę. Jest ode mnie znacznie mądrzejszy, chociaż ukrywa to starannie. Wie też, kiedy ja udaję głupszego… mój cudowny, doskonały lord.
- Oczywiście młody człowieku, to dobry pomysł. Ale ta cena… nie wydaje ci się, że dziesięć monet i coś tak cennego jak dusza to o wiele za dużo? Dam ci osiem monet i duszę, co ty na to? – stary targował się jakby nie starczało mu już to, w co sam wierzył: pomoc za niemal darmo. Teraz obrzydziłoby mnie to, co powiedział. Wyszedłbym trzaskając drzwiami, albo odpowiedział mu coś niestosownego. Ale wówczas od tego zależały moje dalsze losy i chciwość tego człowieczka nie mogła tu zaważyć na niczym. Podsunąłem mu pergamin, ze spisaną umową, uzupełniłem jeszcze kwotę i poprosiłem o podpis. Krwią.
- Krwią, jeśli można – zabawnie brzmiał wtedy mój głos. Trząsł się nieco i był taki nieprofesjonalny. Od wieków takiego już nie używam, jest nieodpowiedzialny i zbyt przerażony, nikt nie chce go słuchać, gdy już dobędzie się z krtani. Pan Macbrukner znów popatrzył na mnie rozbawiony, ale po chwili namysłu machną ręką i wyjął nożyce, którymi dziabnął swój paluch i tą krwią się podpisał, a potem przystawił go do ust. Może to dlatego mówi się, że niektóre rzeczy są wyssane z palca?
Patrząc jak pan Macbrukner ssie swoją własną krew chciało mi się śmiać. Do tej pory chichoczę cicho na wspomnienie o tym widoku. Jakże znaczący obraz, który widywałem potem znacznie częściej: pan Felister Macbrückner, pochylony nad cyrografem, (niechybnie skazującym jego duszę na śmierć i rozkład w moim własnym żołądku) który dopiero co podpisał krwią, którą jeszcze ssie ze swojego zniszczonego, otyłego cielska.
Właśnie tacy są ludzie: w obliczu swojego absolutnego końca, upadku, wizja nikłego zysku, ułatwienia sobie czegokolwiek, sprawia, że sami podpisują się pod nim własną krwią, którą gdy znów wycieka, łapczywie, chciwie żłopią, by wydoić coś jeszcze z tego mizernego ciała, jeszcze i tego uszczknąć kawałek. Lenistwo potrafi opchnąć w zamian za spokój duszę. Definicja całego brudu ludzkości zawarta w tym jednym obrazku… starzec ssący krew ze swojego kciuka, nad cyrografem, w który nie wierzy, a który ma go zgubić. Ssący palec… zupełnie, jak nic nie świadome dziecko.