Odeszła. A wszystko, co miało w moim życiu jakikolwiek sens razem z nią. Moja matka, która powtarzała mi niezmiennie, że jestem wyjątkowy i mnie kocha, recytowała te same zdarte bajki codziennie, jeszcze przed śniadaniem. Ta, która dopilnowała, by jej Inteligencik nie musiał się o nic martwić – przynajmniej dopóki żyła.
Zwolniłem tę rudą, niekompetentną pokojówkę, której naprawdę teraz nienawidziłem. Nie miało znaczenia czy z nią sypiałem, czy nie – była tutaj, gdy matka umierała i była, gdy pan Asmodeusz wytknął mi błąd. Nic nie zrobiła, nie była w stanie nic mądrego powiedzieć. Była tylko tą brzydką, nierozsądną pokojówką o marchewkowo-rudych włosach i brązowych plamach na dłoniach. Nie była nawet z tych szczuplejszych, czy zgrabniejszych – i chociaż sam, pryszczaty szesnastolatek uczący się wolno manier, nie byłem ideałem, to musiałem to zakończyć. Nigdy nie żałowałem – nie byłem w niej zakochany.
Kiedy studiowałem księgi w mojej głowie zrodził się plan ucieczki od tego, na co się zgodziłem. Najbardziej podłej rzeczy, jaką w mniemaniu Yoggotty można zrobić: nie zapłacić. Oczywiście wtedy nie miałem takiego problemu, jak teraz – wszystko zależy od tego, po której stronie barykady się stoi. Dla lisa kury w kurniku są obiadem, który pozwoli przetrwać kolejny dzień, dla kur lis jest zagrożeniem i lepiej, by ktoś go zastrzelił. Wszyscy mamy swoje racje.
Nie zamierzałem płacić – nie, kiedy dotarło do mnie, co to oznacza. Teraz staram się zawsze dopilnować, by moje posiłki nie dochodziły do podobnych wniosków: mam już doświadczenie jak wygląda druga strona. Zrobiłem się dość sprytnym chłopcem i wieku siedemnastu lat miałem już gotowy plan, idealny niemal. Nie płakałem już za nią, chociaż to wcale nie było łatwe poradzić sobie z całą tą paletą lęków, fobii i smutków zaciskających wargi i ściągających tylne ślinianki do środka szczęki. Wszystko da się ułagodzić, ze wszystkiego człowiek potrafi się wygrzebać, jeżeli ma tylko odpowiednią motywację – a ja miałem. Nie chciałem skończyć tak, jak zobowiązywała mnie do tego umowa. Nie zamierzałem smażyć się za parę regułek z ksiąg, przedyktowanych przez jakiegokolwiek demona.
Znalazłem więc, inne rozwiązanie, ryzykowne na ten czas, bardzo ryzykowne. Zawołałem do siebie pana Asmodeusza i poprosiłem o jego księgi magiczne – spisane były w bardzo dziwnym języku, ale nauczył mnie go czytać, dał mi instrukcję. Śmieszne wydaje mi się teraz to, jak ślęczałem przepisując księgi z ich języka na mój – teraz mój i ich język niczym się nie różni. Te same słowa, składnia, litery – czytam w nim płynniej, niż kiedykolwiek czyniłem to w tym, z którym jak z pieśnią dumy na ustach wzrastałem i dojrzewałem. Nie miałem żadnych zdolności językowych, toteż szło mi to opornie: na to poszły dodatkowe trzy miesiące, ale przełożyłem to, co mnie interesowało: po co demonom dusze?
Trwało to jakiś czas nim zrozumiałem, co w zasadzie mam przed sobą. Nie miałem problemu z pojęciem tego, co czytam, ale zanim mój umysł dotarł się z informacją jak to wykorzystać minęła chwila. Z ksiąg wynikało jasno, że demony nie żywią się duszami, jak mylnie myślałem zawsze, nie są im one w zasadzie do niczego potrzebne. Po za zabawą. Demony się nudzą, więc na niektórych bankietach pożerają sobie jedną czy dwie, dla rozrywki. Bawią się nami, podobnie do tego, jak my bawimy się obserwując wyścigi czy walki rozlicznych gatunków zwierząt. Wyniosłem też jeszcze kilka cennych uwag, mianowicie tą, jedną z najważniejszych w moim życiu: jeśli człowiek pożre duszę innego sam przestaje być człowiekiem. Jeśli nie jestem człowiekiem, umowa zawarta z demonem mnie nie dotyczy.
Nie brzmiało to też ostatecznie tak strasznie – przestaje być człowiekiem. Nie być człowiekiem: tunc non esset homo. Brzmiało jak jedno z zaklęć pozwalających stopniowo popadać w coraz silniejsze tajemniczenie i odpływać w swoje własne, pokrętne ciemności. W lęki i bezmierne oceany myśli, które pochłaniałyby cały brud i obojętność otaczającego mnie świata.
Nie bałem się pozbawić się człowieczeństwa – bo czym ono jest, jeśli nie zlepkiem tego, kim się powinno być, a nie jest? Człowieczeństwo dobrze jest rozpatrywać w kwestiach wielkich, wymagających odwagi i czynów, o których można pisać pieśni. Rozstrzyganie sporów moralnych, etycznych, tworzenie filozofii, dyskusje co mądrzejszych arystokratów o warunkach umierania, jakości opieki medycznej i tym jak powinna wyglądać władza. Człowieczeństwo, gdy mówimy o miłości, wiarze, ufności, radości, namiętnościach i tęsknotach. Ale człowieczeństwo to nie tylko cały szereg idei, niemających żadnego znaczenia w życiu codziennym, powiedziałbym więcej, że te idee to tylko nędzny, mizerny do niego dodatek: człowieczeństwo jest na co dzień. To dokładnie to, co nas przeraża i o czym staramy się nie mówić – choroby, kalectwa, wszelkiego rodzaju patologie i brudy, głód, rozmnażanie się i w końcu wypróżnianie się. To wszystko czyni z nas ludzi bardziej, niż cokolwiek innego – nie to, że to robimy, ale że próbujemy to ukrywać. Czy zając biegający po polanie znika nam z oczu idąc za potrzebą? Zając nie tai też faktu, że kopuluje, nie ukrywa niczego: bo i po co? TO czyni nas ludźmi.