Yoggotta

Nie zaczyna się zdania od „a więc”, jak mnie nauczono na szpitalnych lekcjach pana Felistra Macbrücknera.

A więc stało się. Umowa została zawarta, ustnie, bez jakiegokolwiek dowodu mojej głupoty, a pan Asmoday, czy może Asmodeusz jak kazał się mianować, przychodził do mnie, gdy go wołałem i opowiadał o tym, o co prosiłem. Naturalnie nie znał się na wszystkim, a w zasadzie to nawet nie na połowie tego, o czym mówił i o co go pytałem. Czasami odmawiał udzielenia mi odpowiedzi, czasami dla draki kłamał tak długo, aż go na tym nie przyłapałem. To była jedna z jego ulubionych gier, ale uparcie sądził, że mistrzem w niej nie jest on, a niejaki Lewiatan, arcymistrz kłamstwa. Nie poznałem pana Lewiatana przez kolejne stulecia, aż zacząłem pracować dla mojego lorda – i nadal uważam, że pan Asmodeusz jest w tym od niego o wiele, wiele lepszy.

Moje maniery uległy zdecydowanej poprawie odkąd popadłem w ręce, czy może trafniej, szpony pana Asmodeusza. Zauważyli to wszyscy, szczególnie pokojówka, z którą jako szesnastoletni na ten czas chłopak zdołałem się przespać, co uważałem osobiście za jedno z moich, największych wówczas, osiągnieć. Teraz mam nieco inną skalę tego, co zrobiłem, a co należało, ale dzisiaj hormony już nie buzują robiąc własne porządki w moich majtkach.

Mój nauczyciel wyznaczył mi kilka zasad, które spisałem sobie i trzymam się ich po dziś dzień, pomimo, że teraz zdaję sobie doskonale sprawę, że niektóre były tylko jego kpinami. A przynajmniej miały nimi być – w umiejętnych dłoniach nawet błoto obraca się w drogocenny kruszec.

Zasady te to w kolejności:

1) Nigdy nie trać z ust uśmiechu – szczególnie wtedy, gdy się boisz, albo gdy boli. Ostatecznie tylko bohaterowie giną z uśmiechem na ustach.

2) Nie garb się i nie bądź sztywny, gdy się poruszasz – to wpływa koszmarnie na to, jak postrzegają cię inni, a to jak patrzą jest dla wizerunku niezwykle cenne.

3) Nie mów jakbyś to ty stał wyżej – to nigdy nie pomaga w kontakcie z drugim człowiekiem, nawet, jeśli faktycznie tak jest.

4) Bądź zawsze czysty i elegancki – nieważne, czy to środek bitwy, czy popołudniowej herbatki z przyjaciółmi, brudne ubrania mogą zniweczyć więcej, niż się spodziewasz.

5) Zawsze ktoś na ciebie patrzy, w każdej sekundzie – mniej tego świadomość i zachowuj się adekwatnie do tego, jaka jest sytuacja.

6) Zawsze stawiaj na grzeczność i posłuszeństwo – to nigdy nie zawodzi, ludzie ożenią się z grzecznym skurwysynem, oddadzą mu swoje pieniądze i zrobią, co każe, byleby mówił to wszystko odpowiednio uprzejmie i pięknie (pan Asmodeusz tak mówił, więc tak zapisałem, sam powiedziałbym to delikatniej).

7) Milcz, gdy nie masz nic do powiedzenia – milczenie stanowi zdecydowanie ciekawszą rozrywkę od czczej gadaniny.

8) Gdy czegoś chcesz poproś – nigdy nie żądaj, ale nie mów też, że po prostu chcesz. Żądanie czegokolwiek jest niegrzeczne, chcieć możesz i całe życie, nikogo to nie obchodzi. I nie ważne czy wydajesz polecenia, czy może naprawdę prosisz.

9) Nie pozwól, żeby emocje przejęły nad tobą władzę – emocje nie są niczym, co powinno ważyć podczas podejmowania twoich decyzji. Wyciągnij wnioski z naszej umowy.

Ryc. 5 Ja w wieku lat szesnastu

Nie było więcej zasad – potem dodałem kilka swoich, ale to, czego się nauczyłem stanowiło do tego doskonałą podstawę. Stawałem się powoli tym, kim jestem teraz, kształciłem się w tym, jak należy się zachowywać. Nauczyłem się wiązać kokardę przy koszuli z żabotem, nosić odprasowane spodnie oraz sztywne, niewygodne buty z zadartym, błyszczącym noskiem. I znienawidzone przeze mnie białe rękawiczki. Dzięki nim zawsze wiedziałem, czy jest brudno, czy nie.

Nie cierpiałem tego ubrania przez pierwsze trzy miesiące. Dusił mnie żabot, grzały mi się ręce, pociłem się, a na dodatek klamra paska uciskała mój pęcherz, gdy siadałem. Czułem się jak w papierowym opakowaniu. Tylko włosy, które ściąłem przestały mi w końcu wbiegać na twarz.

Wszystko układało się pomyślnie, za wyjątkiem jednego. Mojej matce się nie polepszało. Nie poprawiało się jej ani na moment – w zasadzie to leżała już tylko w łóżku.

Spędziła w nim niemal trzy miesiące, nim pokojówka przyszła do mnie i powiedziała, żebym do niej poszedł. Odchodziła. Nie wiem, co dokładnie powiedziała na koniec, umknęło mi to w gorączce moich myśli. Mówiła coś o tym, że mnie kocha, że już czas i inne tym podobne frazesy. Może powiedziała mi coś niezwykłego, ale nie pamiętam, myślałem tylko o tym, że odchodzi. Dlaczego umiera? Przelatuje mi przez dłonie, gdy próbuję ją unieść, traci oddech. Nie powinna, przecież miałem umowę z panem Asmodeuszem? Gdzie on się podział?!

Pojawił się sam, gdy odeszła… a może przez przypadek go przyzwałem? Chciałem się na niego rzucić, ale byłem tylko anemicznym szesnastolatkiem - miałem instynkt samozachowawczy. Miałem też świadomość, że przy nim nie jestem nawet robakiem. Zresztą, nie widziałem go dobrze, łzy rozmazywały mi kształty. Nigdy wcześniej nie byłem tak smutny i nigdy później. Może przez tę chwilę, w której mój kochany lord poprosił mnie w siedzibie Unii, żebym odszedł… właściwie to nie nigdy później. Przy moim doskonałym lordzie moje emocje znów odżywają regularnie, choć niełatwo się do tego przyznać.

- Miałeś ją uratować, obiecałeś… - mówiłem to, co zwykli mówić ludzie w takich sytuacjach. Głupi ludzie nierozumiejący, co robią.

- Nie miałem jej ratować, a jedynie uczynić cię mądrym i bogatym. Nauczyć cię sztuk tajemnych. O to prosiłeś.

Ósma zasada, której nauczyłem się na pamięć, a której nie wykorzystałam, pomimo tego, że mogłem. Nie pomyślałem o tym w swoim nierozsądnym postępowaniu, nawet przez myśl mi nie przeszło, że powiedziałem „chcę”, gdy mówiłem o niej i nie nadmieniłem jej, gdy zapytał o co proszę. Powiedziałem „chcę”. Moja rozpacz była tym gorsza, podwójna wręcz, ponieważ to ja byłem za to odpowiedzialny. Ja zawiniłem i nikt inny. Ja.

To był powód, dla którego zostałem Yoggottą. Nie miałem nic do zrobienia, tu, gdzie zostałem, nie miałem żadnego celu… i nie chciałem nigdy więcej być po tej stronie umowy.

Oczywiście zajęło mi to sporo czasu, jak każde rozstanie z kimś, kogo się kocha. Dokładnie rok i trzy miesiące. Ale udało mi się. Do niedawna nic nie powodowało we mnie takiego przywiązania jak matka. Ta, która umarła - dopóki mój lord nie powiedział, że zostanę przy nim na zawsze, że nie pozwoli mi odejść, bo teraz należę do niego, że nie wypuszcza z rąk swoich zabawek. Dał mi nową nadzieję, że moja egzystencja nie jest skazana na wieczne poszukiwanie kolejnych, nic nieznaczących posiłków, do których najczęściej mówi się „panie”.

Komentarze (0)

Brak komentarzy

Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!