Ryc. 5 Ja w wieku lat szesnastu
Nie było więcej zasad – potem dodałem kilka swoich, ale to, czego się nauczyłem stanowiło do tego doskonałą podstawę. Stawałem się powoli tym, kim jestem teraz, kształciłem się w tym, jak należy się zachowywać. Nauczyłem się wiązać kokardę przy koszuli z żabotem, nosić odprasowane spodnie oraz sztywne, niewygodne buty z zadartym, błyszczącym noskiem. I znienawidzone przeze mnie białe rękawiczki. Dzięki nim zawsze wiedziałem, czy jest brudno, czy nie.
Nie cierpiałem tego ubrania przez pierwsze trzy miesiące. Dusił mnie żabot, grzały mi się ręce, pociłem się, a na dodatek klamra paska uciskała mój pęcherz, gdy siadałem. Czułem się jak w papierowym opakowaniu. Tylko włosy, które ściąłem przestały mi w końcu wbiegać na twarz.
Wszystko układało się pomyślnie, za wyjątkiem jednego. Mojej matce się nie polepszało. Nie poprawiało się jej ani na moment – w zasadzie to leżała już tylko w łóżku.
Spędziła w nim niemal trzy miesiące, nim pokojówka przyszła do mnie i powiedziała, żebym do niej poszedł. Odchodziła. Nie wiem, co dokładnie powiedziała na koniec, umknęło mi to w gorączce moich myśli. Mówiła coś o tym, że mnie kocha, że już czas i inne tym podobne frazesy. Może powiedziała mi coś niezwykłego, ale nie pamiętam, myślałem tylko o tym, że odchodzi. Dlaczego umiera? Przelatuje mi przez dłonie, gdy próbuję ją unieść, traci oddech. Nie powinna, przecież miałem umowę z panem Asmodeuszem? Gdzie on się podział?!
Pojawił się sam, gdy odeszła… a może przez przypadek go przyzwałem? Chciałem się na niego rzucić, ale byłem tylko anemicznym szesnastolatkiem - miałem instynkt samozachowawczy. Miałem też świadomość, że przy nim nie jestem nawet robakiem. Zresztą, nie widziałem go dobrze, łzy rozmazywały mi kształty. Nigdy wcześniej nie byłem tak smutny i nigdy później. Może przez tę chwilę, w której mój kochany lord poprosił mnie w siedzibie Unii, żebym odszedł… właściwie to nie nigdy później. Przy moim doskonałym lordzie moje emocje znów odżywają regularnie, choć niełatwo się do tego przyznać.
- Miałeś ją uratować, obiecałeś… - mówiłem to, co zwykli mówić ludzie w takich sytuacjach. Głupi ludzie nierozumiejący, co robią.
- Nie miałem jej ratować, a jedynie uczynić cię mądrym i bogatym. Nauczyć cię sztuk tajemnych. O to prosiłeś.
Ósma zasada, której nauczyłem się na pamięć, a której nie wykorzystałam, pomimo tego, że mogłem. Nie pomyślałem o tym w swoim nierozsądnym postępowaniu, nawet przez myśl mi nie przeszło, że powiedziałem „chcę”, gdy mówiłem o niej i nie nadmieniłem jej, gdy zapytał o co proszę. Powiedziałem „chcę”. Moja rozpacz była tym gorsza, podwójna wręcz, ponieważ to ja byłem za to odpowiedzialny. Ja zawiniłem i nikt inny. Ja.
To był powód, dla którego zostałem Yoggottą. Nie miałem nic do zrobienia, tu, gdzie zostałem, nie miałem żadnego celu… i nie chciałem nigdy więcej być po tej stronie umowy.
Oczywiście zajęło mi to sporo czasu, jak każde rozstanie z kimś, kogo się kocha. Dokładnie rok i trzy miesiące. Ale udało mi się. Do niedawna nic nie powodowało we mnie takiego przywiązania jak matka. Ta, która umarła - dopóki mój lord nie powiedział, że zostanę przy nim na zawsze, że nie pozwoli mi odejść, bo teraz należę do niego, że nie wypuszcza z rąk swoich zabawek. Dał mi nową nadzieję, że moja egzystencja nie jest skazana na wieczne poszukiwanie kolejnych, nic nieznaczących posiłków, do których najczęściej mówi się „panie”.
Brak komentarzy
Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!