Yoggotta

- O co więc mnie prosisz chłopcze? – wodził mnie za nos, urabiał jak tylko chciał i jak mu tylko pasowało, a ja bez słowa sprzeciwu dawałem się prowadzić, jak naiwne dziewczę w tańcu, posłuszny jego niewypowiedzianym rozkazom.

- Żebyś mnie nauczał, dał dostęp do skarbów, bogactw i wiedzy, poznał mnie ze wszystkimi tajemnymi sztukami, skoro takie istnieją – mówiłem już bez drżenia głosu, bez wątpliwości, bo nie przemawiałem wcale ja, tylko moja pycha, pogarda i poczucie wyższości. Przemawiał barowy Inteligencik, nieudacznik mający się za kogoś, za pana dorównującego przynajmniej, jeśli nieprzewyższającego swoim jestestwem, mojego doskonałego lorda. W istocie nie wart byłem jednak splunięcia istoty, z którą rozmawiałem, ani swojego własnego w te kilkaset lat później.

- Jak sobie życzysz. Przyzwij mnie w nocy gotów do nauki – zniknął. Nie potrzeba było żadnego zaklęcia, jakie proponowała księga, nie trzeba było specjalnych namaszczeń. Zniknął, nie podpisawszy niczego.

Demony różnią się od opisów ich osobowości, jakie znajdujemy w księgach: nie podpisują (już od całych wieków) cyrografów, nie chcą zostawać tutaj na siłę, nie robią nic, co by było zbyt trudne do pojęcia. Jedyne, co wykorzystują, to chwilową desperację, a jeśli nie mogą… no cóż: we wszechświecie jest pełno innych miejsc, w których mogą się spokojnie bawić, gdy wyrwą się po pracy z Piekieł, przemykając pod nosem straży Gwiazdy Zarannej Lucyfera. Asmoday, jak go wtedy nazywałem, miał w sobie niezwykle dużo spokoju, jak na demona i jeszcze więcej pewności, niż mogłem się spodziewać. Był łagodniejszy niż go opisywano, dużo łagodniejszy, chociaż wcale nie taki, jakim chciałbym, aby był.

Pamiętam, że zastanawiałem się wtedy dlaczego do mnie przyszedł, odpowiedział na wezwanie. Wielu z tych ludzi, mieszkających na Leokasji, próbowało wówczas przyzywać kolejne demony – nieskutecznie. Czy miałem w sobie tę mistyczną moc opisywaną w księgach? A może moje pragnienia były na tyle silne, na tyle istotne, by przywołać przede mnie istotę równie potężną? Rzeczywistość, jak wiele razy bywa, okazała się znacznie bardziej brutalna i oczywista. Po wielu stuleciach, gdy mieliśmy już za sobą tą uciążliwą relację, której był autorem, odważyłem się go zapytać. Powiedział, że był tam wtedy, bo uciekał od pana Mefistofelesa. Trwała wojna pomiędzy nim, panem Mefistofelesem i całą resztą Wszechświata, a jemu się nudziło.

Takie są właśnie demony: znudzone i zmęczone, bezczelnie wręcz demonstrujące to, jak mało obchodzą je sprawy bogów, czy jakichkolwiek innych instancji. O moim losie zadecydował więc przypadek – rzecz niezwykle cenna, że akurat ten przypadek umożliwił mi drogę do mojego lorda.

Pozbierałem się w sobie, poszedłem do toalety pozwolić zwieraczom odpocząć, potem zjadłem obiad w salonie z matką. Tego dnia pokojówka podała kluski z sosem mięsnym - pamiętam je doskonale, lepiej niż twarz własnej matki: rozmiękłe, klejące się do dziąseł i cuchnące stęchlizną (której zapach unosił się w całym domu niezmiennie), podane w sosie smakującym bardziej mąką i kwasem, niż mięsem. Ohydny posiłek dla ohydnej osoby.

Zjadłem i poszedłem do baru, podziękować starcowi za księgę, zwrócić mu ją może, sam nie wiem… . Nie było go – barman podał mi tylko mój srebrny zegarek kręcąc przy tym głową.

- Ten staruch, coś go tu Inteligenciku spotkał i na przepytę wezbrał, to on ci poszlita już z godzinę temu będzie. Zostawił li to ten kwarcyk, te, co mu goś ta dał. Mówił, że mu ta niepotrzebne i polazł przez te drzwi, jak prze bramę stodolną. Idźta tam z takim dziadem, nie Inteligenciku? Cóż żeś przyczarował z tej dziadkowej księgi? Poszło ci to jako, czy tak samo, jak i nam, tylko dziad się pouśmiechał jak mu zwracali te papierzyska? – nie odpowiadałem. Nie lubiłem go słuchać, chociaż on najwyraźniej lubił mówić. Zabrałem zegarek i wróciłem do domu. Srebrny zegarek od matki… piękny srebrny zegarek, z wygrawerowaną sceną myśliwską, na której psy gonią jelenia. Mam go do dzisiaj i bardzo go sobie cenię. Na tyle, by udawać, że ma jakąkolwiek magiczną moc i trzymać go wśród wielu innych artefaktów, które przez lata mojej pracy udało mi się zgromadzić.

Stałem się wtedy dorosły: sam odpowiadałem za siebie, ale nie miałem żadnego pojęcia jak się w tym wszystkim znaleźć - najgorsze było to, że nie miałem też pojęcia o tym, że nic nie rozumiem. Nienawidzę siebie z tamtego czasu – nienawidzę bardziej, niż pan Andrielach nienawidzi mnie, bardziej, niż lord kocha heroinę i papierosy, bardziej niż jestem to w stanie opisać. Ale gdyby nie ten roztrzęsiony, zadufany w sobie, niemal piętnastoletni chłopiec nie byłoby mnie teraz wcale. Byłbym martwy już od wielu, naprawdę wielu lat, dokładnie tak samo, jak są martwi moi rówieśnicy.

Komentarze (0)

Brak komentarzy

Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!