Yoggotta

- W-w-wezwałem cię… - tyle wydukałem. Język znów się mnie nie słuchał, odsłaniając ten brak profesjonalizmu, sprawiając, że na chwilę znów jąkałem się, jak siedmiolatek. Potwór roześmiał się, potem spoważniał i skinął głową.

- Nie wierzyłeś, że przyjdę – przemawiał takim tonem, tak przeraźliwie przy tym świszcząc, że nie sposób było zdzierżyć jego głosu. Dzwonił w uszach jeszcze na długo po tym, co powiedział, podobnie do tego, jak dźwięczy powietrze po wybuchu granatu, ale wówczas jeszcze nie miałem takiego porównania. Miał rację, istotnie nie wierzyłem - nie wierzyłem nawet w to, że przede mną stoi, więc wyciągnąłem dłoń w jego stronę. Z jego ust posypały się jednak płomienie, kaskadą - podobnie do dziewczęcych loków wysypujących się nagle zza kaptura - tak szybko, że ledwo zdążyłem się cofnąć, oparzony pierwszą iskrą. Najwyraźniej nie lubił gdy się go dotykało… tak przynajmniej wtedy myślałem.

- O-o-ow-w-w-szem – brzmiałem przekomicznie, można by rzec, idealnie jak na posiłek.

- Jesteś jąkałą? Nie lubię ich. Przez ponad pół dnia dukają o co chodzi, a nim się namyślą nad samą odpowiedzią na moje pytania mija kolejne pół dnia. Jak się więc nazywasz i po co mnie wezwałeś? – pytał bardzo łagodnie, ale dziś wiem, że nawet nie próbował kryć swojego rozbawienia. Wtedy nie chciałem nawet myśleć o tym, że to tylko jego igraszka, albo już wiedziałem, ale bałem się pojąć.

- Kodar, mam na imię K-kodar i chciałem… chciałem od ciebie pomocy. Moja matka umiera i… - podniósł dłoń, żebym przestał mówić. Był spokojny, przeraźliwie spokojny, chociaż spodziewałem się złości.

- Kodar? Kiepskie imię, brzmi jakbyś miał wyrosnąć na wojownika o posturze, co najmniej byczej, a na to mi nie wygląda. Pomocy… prosisz o nią w taki sposób? Bez słowa „panie”, albo chociaż pokłonów? – pytał mnie dalej. Jako chłopiec wychowany w tym przeklętym szpitalu, nie miałem dużej styczności z manierami: gdy zapędzi się specjalistów najwyższej klasy z jednej dziedziny do niewielkich pomieszczeń i zmusi do wspólnej pracy nad zagadnieniami, które po stokroć ich przerastają, rzadko można usłyszeć oznaki jakiejkolwiek kultury. Oczywiście z początku honorują się oni nawzajem, szanują, ale wraz z rozwojem sporów, wyścigami w drabinie stanowisk i kolejnymi wyborami metod pracy uczeni ci stają się zawsze jak dzieci w piaskownicy, jedno obrażone na drugie z powodu kradzieży grabek, albo nieostrożnego zdejmowania wiaderka z babki ulepionej z piasku. Brak tu jakiejkolwiek kultury, a co dopiero czasu, by nauczyć małego chłopca etykiety.

Jako chłopak, wcale już nie mały, nie miałem ani nawyku przedstawiania się, ani ukłonów, ani nawet zasad elementarnej grzeczności: przed niechybną zgubą broniły mnie tylko niezwykle zasobne pokłady tchórzostwa i spolegliwości, używane wtedy, gdy stawały się niezbędne. Nauczyłem się do teraz na pamięć wszelkich zasad etyki i norm grzecznościowych, wyszkoliłem się płynnie w sztuce obycia, w całym ogromie zasad zachowania się przy stole, tego, co i komu wypada powiedzieć i kiedy powinienem się skłonić, a kiedy tylko pochylić głowę, a potem dostosowałem to do moich aktualnych potrzeb. Wtedy, podobnie jak mój lord obecnie, nie rozumiałem do czego służą sztućce, jeśli na stole jest ich więcej niż dwa komplety, ani komu należy się ukłonić. Z tym, że mój lord nie musi robić takich rzeczy – a ja wręcz na odwrót.

Skłoniłem się wolno, chociaż strach nie wymazał z mojej twarzy pogardy doszczętnie i na pewno było ją wyraźnie widać. Asmoday pokiwał głową, a potem znów uśmiechną się raźnie.

- No dobrze, pyszny chłopcze… powiesz mi może dlaczego mnie prosisz?

- Ja… nikt nie potrafi jej pomóc, więc pomyślałem, że autorytet takiego pokroju, mógłby być właściwym wyborem – mówiłem wolno, tak samo jak urabiałem starego Macbrücknera.

- Nie lżyj mi sądząc, że mnie zwiedziesz pięknymi słówkami. I gotów jesteś mi za to zapłacić? Mniemam, że tak, skoro tutaj stoję – mówił do mnie, jak do ulicznego sprzedawcy warzyw przemawia pan na włościach. Interesy załatwiało się w pewnych czasach zupełnie inaczej, niż teraz.

- Tak… chcę, żeby była zdrowa – nie zastanawiałem się nad tym, co robię, nie myślałem zupełnie o konsekwencjach, jakie będę musiał ponieść. Nikt, kto się na to zgadza o nich nie myśli, a przynajmniej nie w takich kategoriach, w jakich realnie mają one miejsce. Są po prostu bardzo nie przyjemnym wynikiem naszej głupoty odkładanym, w miarę możliwości, zawsze na później.

- To wszystko? Znasz cenę i jedyne, czego żądasz, to zdrowie matki? Sądzisz, że to cię zadowoli, gdy nadejdzie czas spłaty? Będziesz uważał swoje życie za spełnione? – mówił teraz bardziej jak ojciec, którego nie miałem, niż jakakolwiek inna osoba. Odpowiedź mogła być tylko jedna i nie była taka, z jakiej dumna byłaby moja matka, ale taka, za którą z całą pewnością pochwaliłby mnie mój lord, gdyby wiedział, gdybym kiedykolwiek odważył się mu opowiedzieć i liczyć na to, że nie znajdę się na wygnaniu, na jego wiecznej, okrutnej niełasce. Nie chciałem być jedynie kimś, kto przynosi jej zdrowie, nie marzyłem nigdy, by oddać za kogoś życie, żeby się poświęcić. Nie czułem ciepła, na myśl o tym, co chciałem zrobić. W istocie ratowanie jej nie było nawet decyzją podjętą z uwzględnieniem jej zdania: liczyło się tylko to, co ja o tym sądzę. Bardzo samolubna decyzja.

- Nie, ale chcę, żeby żyła – mówiłem coraz pewniej, coraz ostrzej, ale teraz, po latach, wiem już, że to nie była oznaka nagłego przypływu odwagi. To, co robiłem, nie czyniło mnie nikim bardziej wartościowym, czy zdecydowanym, a nawet nie czyniło mnie trudniejszym. Zachowywałem się dokładnie tak, jak cała reszta ludzi zawierających tego typu umowy i próbując umocnić swoją i tak ledwie stojąca pozycję, sam podciąłem jej nogi. Ten, kto w starciu z demonem albo Yoggottą pierwszy uniesie głos broniąc swoich racji, pierwszy powie pełnym emocji głosem „chcę”, jest stracony. Ta zasada towarzyszyła mi przez wiele kolejnych stuleci, aż do spotkania mojego lorda, gdzie, nim zdołał zapytać, to słowo wydarło się z mojej krtani na świat samo i eksplodowało ilością pożądania, jakiego nie sposób było już niczym zakryć. Podobnie było też wtedy – słowa te wyszły na świat i nikt prócz demona przede mną nie dostrzegał jeszcze w jak zgubne miejsce zaciągną ciało, w jakim się narodziły.

Komentarze (0)

Brak komentarzy

Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!