Ryc. 4 Kanclerz piekielny Asmodeusz
Zrobiłem to, czego wymagała ode mnie instrukcja: stanąłem, wymalowałem pieczęć i mruczałem pod nosem inkantację, której nie rozumiałem. Pojawił się dopiero, gdy miałem przestać, znudzony bezmiarem stateczności, jaka zaczynała się wkradać w to miejsce. Wyglądał trochę tak, jak go opisano w księdze: bestia o trzech głowach, byczej, ludzkiej i baraniej, o ogonie węża i stopach przypominających gęsie czy żabie, z błoną pomiędzy palcami. Dosiadał smoka (i chociaż nigdy nie byłem pewny czy to stworzenie, o niedołężnie wyglądającym psyku i oczach błagających o litość, to smok, to nigdy też nie miałem odwagi o to zapytać) w dłoni trzymając sztandar Piekieł, dumnie powiewający i łopoczący, pomimo braku jakiegokolwiek wiatru. Ledwie zmieścił się na drewnianej podłodze, która upiornie skrzypiała pod jego ciężarem. Nie wierzyłem w to, co widziałem, czułem znów ten paraliżujący rodzaj strachu, co w dzieciństwie.
- Czy jesteś Asmodayem? – zapytałem w końcu jak kazała księga. Nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się na wszystkich trzech ustach i skłonił się bardzo, naprawdę bardzo powoli. Majestatyczny… prawdziwy potwór, nie taki jak te ze szpitala, raczej taki, jak z ilustracji w fantastycznych książkach i baśniach. Bałem się go bardziej, niż przypuszczałem, że mogę, trzęsły mi się kolana, w piersi łopotało serce, a drżącego oddechu nie sposób było uspokoić. I pęcherz… mało brakło do tego, by te odprasowane na kancik spodnie cuchnęły charakterystycznym zapachem świeżego moczu. Nigdy go nie lubiłem, chociaż to nie zapach był w tym płynie najgorszy.
Brak komentarzy
Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!