𝕋𝕙𝕖 𝔹𝕠𝕠𝕜 ℕ𝕠𝕥 𝕐𝕖𝕥 𝕎𝕣𝕚𝕥𝕥𝕖𝕟 | 𝙍𝙚𝙙 𝙎𝙥𝙞𝙙𝙚𝙧 𝙇𝙞𝙡𝙮 |

Uderzyła w ziemię z impetem. A tak ściślej, to jej świadomość uderzyła w ziemię z impetem. Niemniej nie znaczyło to, że upadek nie bolał.
Ranellie jęknęła, podnosząc się do siadu, unosząc dłoń, by pomasować obolałe czoło.
- Co do cholery?- wymamrotała.- Po takim czasie się odzywasz i jeszcze masz czelność mną miotać?! Nie fajnie, Nomicon! NIE. FAJNIE.

Podniosła się z kolan i otrzepała ubrania z figuratywnej książkowej ziemi. Rozejrzała się.
- Dobra, o co chodzi? Jaką to mądrość życiową zamierzasz mi przekazać tym razem?
Chmury, niczym narysowane pędzlem fude, chmury zawirowały dookoła niej, po chwili wzbijając się w niebo. Zadarła głowę do góry, czytając słowa, które ukazały się pomiędzy narysowanymi chmurami. Co jak co, ale ta durna książka była niezłym artystą.


"Spodziewaj się niespodziewanych sprzymierzeńców."


Dziewczyna wpatrywała się w napis, na jakiego widok jej powieka zaczęła drgać. Tylko tyle? Tylko to miał jej do powiedzenia po takim czasie? Nomicon zaczynał co raz to bardziej brzmieć jak jej babcia! To albo po prostu mówił jej, by znalazła w końcu jakichś przyjaciół, co ugodziło odrobinę jej dumę.
- Nie, no jasne! Milcz miesiącami, a potem dawaj kryptyczne zagadki!- Żachnęła się.- Po raz kolejny to mówię: NIE FAJNIE, NOMICON!- krzyknęła w niebo i wzięła głęboki wdech. Musiała się uspokoić. To była tylko stara zakurzona książka. Mogła co najwyżej napluć jej na kartki bądź okładkę. Lepiej jednak by wpierw jej świadomość opuściła karty księgi. Kto wie, czy gdyby starała się to zrobić tam to Nomicon na złość by jej nie wypuścił. A lepiej by nikt nie znalazł jej nieprzytomnego ciała pod biurkiem nauczyciela w jakiejś randomowej klasie.
- Sprzymierzeńców... Jakich znowu sprzymierzeńców? Shinobi od zawsze pracuje sama!- wymamrotała do siebie, kładąc dłonie na biodrach i kręcąc głową.- To zupełnie bez sensu!

Wszechogarniającą ją ciszę nagle przerwał znajomy dźwięk.

Muzyka. Ktoś grał na flecie.

Rozpoznała melodię jako jedną ze starych piosenek.
Sae- jej dawna niania, jak i zaufana służka rodu Yoshimura, zwykła ją nucić, gdy Ran pomagała jej rozwieszać pranie, na jednym z mniejszych dziedzińców Świątyni. Jednak za Chiny ludowe, nie była w stanie przypomnieć sobie jej tytułu.
- A to... nowość?- rozejrzała się jeszcze raz, starając się znaleźć kierunek, z którego dobiegała melodia, jednak ta wydawała się dochodzić ze wszystkich stron, osaczając ją.

Dziewczyna spięła się, dalej kontynuując rozglądanie się.

Trzask.

W porę uskoczyła nim jedna z czarnych sosen, które rosły dookoła niej, spadła wprost na nią sprawiając, że podłoże, na którym stała rozdarło się.
Było z papieru. Oczywiście, że było z papieru.
Nie powinno być to dziwne, jednakże ziemia, na której stała była tak bardzo realistyczna, że zmyliłaby każdego. Ran mogła za to ręczyć.

Rozdarcie poczęło się poszerzać, co dało jej sygnał, że lepiej zacząć biec niż stać w miejscu, czekając aż i ją pochłonie. To na pewno zemsta w postaci zamachu na jej życie! Jeszcze raz, mogła za to ręczyć!
Przysięgła sobie, że kiedyś spali tę durną księgę.
Rzuciła się biegiem przez sosnowy las, który raz po raz ginął za nią w poszerzającej się wyrwie.
- Do diabła z tobą, Nomicon!- krzyknęła w przestrzeń, dalej pędząc, ile tylko miała sił w nogach.
Właśnie wtedy dostrzegła czerwoną smugę przemykającą pomiędzy drzewami tuż obok niej. Ktoś jeszcze był w księdze? Nie. To niemożliwe. Tylko ona miała do niej dostęp. Ale to coś zdecydowanie przypominało człowieka.

Nie zwróciła uwagi, że zwolniła tępo, przez co jej stopa osunęła się na brzegu rozdarcia. Tracąc równowagę, nastolatka runęła w dół.

**

Ranellie poderwała się nagle znad księgi, przez co uderzyła głową w spód blatu biurka, pod którym siedziała. Księga zatrzasnęła się z impetem.
- Aua!- zawyła, trzymając się za czubek głowy.- Ty wredna książko! Co to miało być?!- chwyciła za czarną oprawkę, starając się otworzyć księgę, jednak ta ani drgnęła.- Powinnam cię spalić! Albo rzucić szopom na pożarcie! Przynajmniej one będą miały z ciebie jakiś pożytek!
Krzyki przerażonych uczniów roznosiły się po korytarzu.

Ran zaklęła pod nosem.

- Uporam się z tobą później, teraz wypadałoby się pozbyć tego czegoś.- Wymamrotała, wyjmując z torby maskę i nakładając ją na twarz.
Czerwone światło błysnęło i czarne szarfy oplotły jej ciało, tworząc strój. Strój wojowniczki Shinobi. Każdej przemianie, gdy tylko nasuwała maskę na twarz, towarzyszyło przyjemne mrowienie połączone z ciepłem rozchodzącym się po całym jej ciele. Nie przyznałaby tego głośno, jednak tęskniła za tym uczuciem.

Naciągnęła kaptur na głowę i chowając wcześniej księgę z powrotem do swojej torby, wybiegła z klasy.
Długo nie musiała szukać tego monstrum, gdyż stało nieopodal, zaganiając tym samym bezbronnych uczniów w kąt, uniemożliwiając im tym samym ucieczkę.
- Hej! Dziwaku!- krzyknęła w stronę robota, który natychmiast zwrócił swój wielki, łeb w jej stronę.
Po plecach Ranellie przeszły ciarki, gdy pajęcze oczy robota wpatrywały się w nią. Teraz jak mogła się temu bliżej przyjrzeć, mogła odważnie przyznać. To wielkie coś było szpetne jak noc! Tyle oczu! Nawet nie wiedziała, w które dokładnie ma się patrzeć!
Szybko otrząsnęła się, kręcąc głową.
- Może zmierzysz się z kimś twojego kalibru! Złap mnie, jeśli potrafisz!- Odwróciła się, zaczynając biec w stronę wyjścia ze szkoły. Musiała go wyprowadzić by żadnemu z uczniów nie stała się krzywda. Co jak co, ale wolała uniknąć konsekwencji związanych z przypadkowym uszkodzeniem któregoś z uczniów.

Zwłaszcza że to nadal był jej pierwszy dzień.

Wypadła na dziedziniec wraz z goniącą ją bestią, robiąc unik za unikiem, by nie zostać zmiażdżoną przez jedną z wielkich łap stwora.
- Ha! Pudło! Popracuj trochę nad celno--!
Nie dane było jej dokończyć, gdy coś, a raczej ktoś, uderzyło w jej plecy z takim impetem, że przez chwilę brakło jej tchu.
Przeturlała się z tym kimś parę metrów, nim się zatrzymali, rozwaleni na popękanym chodniku, jęcząc z bólu.
- Hej! Uważaj, co robisz! Nie widzisz, że staram się tu ludzi ratować?- warknęła, podnosząc się do siadu.
Spojrzała na przyczynę jej upadku i można by przysiąc, że jeszcze chwila i oczy wyszłyby jej z orbit. Obok niej, wśród gruzu leżał drugi zamaskowany wojownik, który także nie wyglądał na zachwyconego ich upadkiem.
- Ja?! To ty stałaś jak ten... ten... Co jest?!- Podniósł głowę, słysząc jej oskarżycielski ton, zamierzał coś powiedzieć, jednak przerwał w połowie, w równie wielkim szoku.- A ty kim jesteś? Jakąś moją kolejną super fanką? Trochę ci kostium nie wyszedł. Ale doceniam wysiłek.

Powieka nastolatki drgnęła na ten komentarz.

- Jestem wojowniczką Shinobi, a nie jakąś fanką! Kim ty w ogóle jesteś?!- uniosła głos podburzona. Super fanką? Generacje shinobi poprzedzających jej kadencje i jakiś gość w piżamie śmiał ją nazywać jakąś super fanką?
- Jestem ninją Norisville! Chronię to miasto- odfuknął jej nieznajomy.- I pierwszy raz Cię tu widzę, pani wojowniczko.

Zatem jest nas dwoje, pomyślała.

Ich dalszą konwersację przerwał wściekły ryk monstrum, które ruszyło wprost na nich. Ranellie niewiele myśląc, uniosła elastyczną szarfę, służącą jako prowizoryczny szalik i oplatając nią wojownika, wykonała kolejny unik, ciągnąc go za sobą.
Drugą dłonią sięgnęła do kieszeni stroju, wyjmując pierwszą lepszą broń, którą był rozkładany kij Jo*.
- Nie ważne. Po prostu nie wchodź mi w drogę- mruknęła, wykonując skok i uderzając stwora prosto w głowę, tym samym uszkadzając jego oczy, które zamigotały. Jej broń utkwiła w jego głowie.
Robot zaryczał rozwścieczony, starając się strącić napastnika za wszelką cenę, jednak nieskutecznie. Z każdym mocniejszym szarpnięciem, broń Shinobi wbijała się głębiej w szkaradny łeb potwora.
- Zdychaj no!- krzyknęła sfrustrowana, naciskając mały przycisk u nasady swojej broni. Aktywowała tym samym ostrze, które wystrzeliło w głąb czaszki potwora, uszkadzając znajdujące się tam przewody.

Robot znieruchomiał, po czym padł na ziemię. Martwy.

Dziewczyna zeskoczyła na ziemię, wcześniej wyrywając swoją broń z głowy stwora. Odwróciła się w stronę wojownika, by tylko napotkać drugiego martwego robota, przeciętego na pół. Wspomniany wcześniej wojownik stał nad nim, opierając miecz o ramię, patrząc na nią zadowolony.
- I co się tak patrzysz?- spytała, marszcząc brwi.- Oczekujesz pochwały?
Mina zamaskowanego, nieznajomego zrzedła.
- Pff! Nie?- prychnął w odpowiedzi.

Shinobi westchnęła ciężko, ściskając nasadę nosa, zaznaczając tym samym swoją irytację.

- Posłuchaj, ja pracuje sama. I wole by tak zostało- przyznała szczerze, patrząc na niego, ściągając brwi w wyraźnym poirytowaniu. Nacisnęła ponownie przycisk u podstawy swojej broni, składając i chowając ją do jednej z kieszeni w jej stroju.- Ciągnie się za mną długa tradycja i nie pozwolę by jakiś przebieraniec, uważający to wszystko za zabawę w bohatera, narażał życia niewinnych ludzi.
Wyjęła dwie czarne kulki i rzuciła nimi o ziemię. Te pękły, wypuszczając ciemny dym, który pozwolił jej niezauważenie uciec z miejsca zdarzenia, pozostawiając zamaskowanego wojownika samego sobie, nim zdążył jej odpowiedzieć.

***


"Wszyscy uczniowie są proszeni o opuszczenie terenu szkoły i powrót do domu. Na wskutek kolejnego ataku robotów, skutkującym sporymi zniszczeniami naszej placówki, zajęcia zostają odwołane!"

Dyrektor Slimovitz obwieścił przez megafon do uczniów powoli gromadzących się na placu przed szkołą, którzy wciąż poruszeni rozmawiali o niedawnym ataku.

"Widzieliście tego drugiego ninja?"

"Tak, tak! Myślałem, że był tylko jeden!"

"Uratował mnie, gdy stwór zagonił nas w kąt!"

"Właśnie, właśnie! Gdyby nie on ten potwór by nas miał na gryza!"


Tego typu rozmowy docierały do uszu Ranellie, która już w swoim normalnym stroju stała pośród poruszonej młodzieży. Nie dało się ukryć, że czuła satysfakcję, słysząc tego typu komentarze. Pozwoliła sobie na nakarmienie swojego ego.
- Nie rozumiem, czym się tak zachwycają- burknął ktoś obok niej. Odwróciła głowę w stronę niezadowolonego jegomościa, którym jak się okazało, był Randy.
- Tu jesteś!- zmarszczyła brwi.- Gdzie, uciekłeś wcześniej?
- Wcale nie uciekłem, ja tylko...- starał się marnie wytłumaczyć.
Ranellie zaśmiała się pod nosem i położyła dłoń na ramieniu kolegi.
- Nie przejmuj się, każdemu zdarza się bać. Strach sprawia, że jesteś czujniejszy...- wyszczerzyła się, na co brunet skrzywił się w odpowiedzi. Burknął coś, strząsając z ramienia jej dłoń.
- Mówiłem Ci już, że się nie bałem. A ten drugi ninja... za kogo się ona uważa?! To miasto ma już bohatera!

Nastolatka spięła się nieznacznie.

- Bo ja wiem? Może to dobrze, że teraz jest ich dwoje- mruknęła.
Ledwo przeszło jej to przez gardło, ale jak trzeba, to trzeba. Nie mogła pozwolić by jej nowy kolega, odkrył prawdziwą tożsamość jej alter ego. Poza tym trochę gryzło ją sumienie przez bycie tak opryskliwą w stosunku do drugiego zamaskowanego wojownika. Co jak co, ale to on pokonał tego drugiego robota, a ona wylała na niego swoje poirytowanie, które sięgnęło zenitu tego dnia.
Wpierw zgubiła się w szkole, potem oczywiście weszła w śmietnik, jeszcze ta mała wstępna kłótnia z Randym która miała miejsce w klasie i oczywiście atak tych robotycznych abominacji. Tak, to zdecydowanie nie był jej dzień.
- Nu-uh! Ninja Norrisville pracuje sam! Zawsze tak było!- oburzył się szatyn.
- Spodziewaj się niespodziewanych sprzymierzeńców.- Mruknęła i spięła się bardziej, powstrzymując się, by nie uderzyć z otwartej dłoni w czoło, uświadamiając sobie, że zacytowała właśnie tę głupią książkę. To hańba dla jej osoby. Istna hańba.
Odkaszlnęła.
- W każdym razie, powinnam się już zbierać. To do następnego.
Machnęła niedbale ręką na do widzenia i szybko ruszyła w stronę domu, nim chłopak był w stanie jej odpowiedzieć. Zdążyła jednak zauważyć szok malujący się na jego twarzy, jednak nie była w stanie stwierdzić, co go tak zdziwiło.

Cóż, kiedyś się dowie.

Prawdopodobnie.

***

Gdy tylko Ran zdążyła przekroczyć próg, od razu została powalona przez wielkiego kudłatego stwora, który od razu zaczął ją lizać po twarzy. Nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
- Kenzo! Złaź, to łaskocze!- zepchnęła z siebie duże cielsko psa, dalej się śmiejąc i podniosła z ziemi.

Kenzo był wielkim, bernardynem krótkowłosym, należącym do jej wujka Kenjiego- starszego brata jej matki. Na czubku nosa Kenzo, znajdowała się charakterystyczna biała plamka przypominająca kształtem odwrócone do góry nogami serduszko. Ranellie zawsze uważała to za urocze.
Poza tym Kenzo był wielkim pieszczochem, uwielbiającym dzieci, a zwłaszcza uwielbiał siostrzenicę swojego pana, co właśnie objawiało się tego typu "napadami" gdy tylko ją wyczuł swoim czułym psim nosem.
- Co ty tu robisz, psino?- spytała, tarmosząc psa za uszami, na co odpowiedział jej niskim szczeknięciem. Przepchnęła się obok niego, zdejmując i ustawiając swoje znoszone trampki, schludnie na swoim miejscu.
- Cóż, pomyśleliśmy, że miło będzie wpaść i Cię odwiedzić, hana.
Odwróciła głowę w stronę głosu, by zobaczyć, stojącego w drzwiach do kuchni, uśmiechniętego wujka Kenjiego.
Mężczyzna był wysoki i smukły, zdecydowanie dobrze zbudowany przez lata treningów, które zahartowały jego ciało. Miał zielono-szare oczy, ciemne włosy związane niechlujnie w kok i lekki zarost. Cienka blizna przecinała jego twarz tuż od połowy czoła, przez mostek nosa, kończąc się na dolnej, lewej stronie żuchwy. Pamiątka po Hellionie, który nie przeżył spotkania z jej wujem.

Twarz nastolatki natychmiast rozpromieniła się i wielki uśmiech zagościł także na jej ustach.
- Wujek Kenji!- zawołała, rzucając się na mężczyznę, by zaraz zamknąć go w mocnym uścisku.
Kenzo zaczął szczekać, wesoło machając ogonem, gdy tylko wyczuł ekscytacje nastolatki. Kenji się zaśmiał, obejmując szczelnie swoją siostrzenicę.
- Wybacz, że tak bez zapowiedzi i na ostatnią chwilę- odezwał się ponownie, Kenji.- Ale byłem w pobliżu Norrisville i postanowiłem pozwolić sobie na trochę dłuższy postój.
Ranellie odsunęła się od wuja, krzywiąc się nieznacznie.
- Przyznaj się, to przez babcię, prawda? Kazała ci mnie pilnować.
Mężczyzna się zaśmiał, podpierając się dłonią swój bok.
- No może odrobinę. Nie chciała Cię tu zostawiać samej, na calusieńkie dwa miesiące. A że jak już mówiłem, byłem w pobliżu, to poprosiła mnie o trzymanie Cię na oku- puścił jej oko.- Przypominam, że masz 15 lat, hana. A dwa miesiące to jednak długi okres czasu.
Szatynka zmarszczyła brwi, wyraźnie niezadowolona.
- Poza tym, ktoś musi Cię pilnować, byś nie odpuszczała sobie treningów- mężczyzna zaśmiał się i poczochrał siostrzenicę po głowie.- No już, nie bocz się. Idź pomedytować i odrobić lekcje. Zawołam Cię, jak obiad będzie gotowy.

Nastolatka od razu się wyprostowała, słysząc słowo "obiad". Mogło to oznaczać tylko jedną rzecz...

- To twoja pierwsza noc tutaj! Powiedz, proszę, że zrobisz okonomiyaki*!- wykrzyknęła podekscytowana nastolatka. Jej wuj jedynie pokiwał głową z rozbawionym uśmiechem.
Okonomiyaki, Kenji'ego Yoshimury były znanym przysmakiem w jej klanie. Gdy tylko jej wuj wracał do Świątyni Smoka, pierwszej nocy po swoim przyjeździe przyrządzał ciasto na okonomiyaki i wszystkie rody klanu schodziły się, by tylko zdążyć je spróbować.
Ten, kto się spóźnił, żałował i musiał czekać do następnego razu. Taka mała rodzinna tradycja.

Według Ranellie była to urocza tradycja. Coś charakterystycznego dla jej rodziny.

Szatynka wyszczerzyła się. Czuła jak jej żołądek burczy na myśl o okonomiyaki jej wujka. Humor od razu jej się poprawił, a stres, którego doświadczyła tego dnia, odszedł w zapomnienie.
- Nie ma tak łatwo moja droga. Wpierw medytacja i lekcje. Jedzenie dopiero potem.
Uśmiech szybko spełzł jej z ust. Wiedziała, że pomimo uwielbienia, jakim darzył ją Kenji to nie było nawet mowy by podarował jej trening. Nie ważne jak dobrze by się przed nim ukryła. Znalazłby ją, wyciągnął za nogi i zaciągnął na trening, gdy ta starałaby się uciec na przeróżne sposoby, błagając bóstwa o litość.
- Hm... dobra.- Burknęła, kierując się na piętro do swojego pokoju po skrzypiących schodach.
Każdy był w stanie usłyszeć jej kroki, nie ważne, w którym miejscu w domu się znajdował.

Kenzo podążył tuż za nią, wiernie jej pilnując.

Otworzyła shoji prowadzące do jej pokoju i rzuciła torbę na ziemię, nie zwracając uwagi nawet na świecący z oburzeniem Nomicon.
- To, co Kenzo? Czas pomedytować- mruknęła do bernardyna bez większego entuzjazmu. Ten zaś usadowił się na jej łóżku i jedynie przekręcił ciekawsko łeb w bok. Ranellie westchnęła i siadła po turecku na środku pokoju, zamykając oczy.

Wzięła głęboki wdech i wydech.


Tego potrzebowała. Ciszy i spokoju.


Spokoju i ciszy.


Kolejny wdech i wydech.


Kenzo zaczyna warczeć.


- Kenzo, cicho! Muszę się skupić.


Bernardyn dalej warczy.


Zirytowana otwiera oczy, a po domu roznosi się krzyk.

Komentarze (0)

Brak komentarzy

Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!