Dolina Genów : Cisza przed burzą

Po dowiedzeniu się o nowej hybrydzie bez wahania wybiegliście z laboratorium i ostrożnie poruszaliście się po lesie, żeby nie zwrócić uwagi żadnego zwierzęcia. Kiedy przechodziliście polną drogą, zobaczyliście w połowie zjedzone ciało majungazaura.

– Czy to ten dinozaur, którego zabiły te hybrydy? – pyta Marek.

– Tak. Nie możemy tu stać. Musimy brać nogi za pas i wracać do jaskini.

Po drodze słyszeliście odgłosy kompsofrodonów. Pewnie polowały, więc musieliście być ekstremalnie cicho. Dotarliście do jaskini, gdzie zastaliście wystraszonych i spakowanych przyjaciół.

– Co się stało?

– Hybris tu był. Stał przynajmniej 15 metrów od jaskini. Wydawał odgłosy walki i zmęczenia. Nagle dźwięki ucichły, a Leo poszedł sprawdzić, czy jest czysto. Przed wielkim drzewem leżały ciała... yyy...

– Kompsognatów, ale nie były zwykłe. Miały skrzydła i dziwny ogon. Umarło ich trzech. Dwa były ponabijane na drzewa, a jeden przecięty na pół. To był tak okropny widok, że zwymiotowałem w pobliskie krzaki – tłumaczy Leo.

– To nowa hybryda. Znaleźliśmy laboratorium, w którym je trzymali. Nie możemy tu długo zostać.

– Chwila… je? – pyta wystraszona Nina.

– Jest ich dwadzieścia cztery, no w sumie teraz dwadzieścia jeden. Hybris w końcu na coś się przydał – tłumaczysz. – W laboratorium znalazłem też książkę, przewodnik po parku. Na północ od jaskini jest strefa dla gości. Są tam restauracje, apteki i hotele. To będzie idealna baza.

Postanowiliście wyruszyć jutro rano, żeby nie narażać się na niebezpieczeństwo. O szóstej rano wszyscy byli zwarci i gotowi do drogi. Błądziliście przez dobre dwadzieścia minut, kiedy zobaczyliście wielką bramę z napisem „Witamy w raju!”. Ze szczęścia Amelia zaczęła bardzo głośno krzyczeć, pewnie z podekscytowania. Marek szybko zatkał jej buzię i uspokoił, ale było już za późno. Z lasu wyszedł wielki tarbozaur. Kiedy was zobaczył, ryknął i ruszył w waszą stronę.

– Rozdzielić się! – zakomenderowałeś.

Nina, Leo i Marek pobiegli w lewo, a ty i Amelia pobiegliście w prawo. Oczywiście dinozaur wybrał ciebie i Amelię jako lepszy posiłek, więc musieliście rozglądać się za schronieniem. Zobaczyliście w oddali wysoką trawę. Nigdy nie byliście tak zadowoleni z zarośli. Szybko w nie wskoczyliście i chcieliście przeczekać zagrożenie. Tarbozaur rozglądał się przez chwilę, po czym podszedł w waszą stronę.

– Musimy coś zrobić! – powiedziałeś wystraszony.

Odwróciłeś się do Amelii, a ta szukała kamienia w zaroślach. Kiedy go znalazła, wycelowała i rzuciła nim w drzewo. Rozwścieczony dinozaur staranował pień i wydał ryk poddania. Po kilku minutach odszedł i zniknął w lesie.

Kiedy poczuliście się bezpiecznie, postanowiliście poszukać przyjaciół. Chodziliście po lasach, łąkach i jaskiniach w milczeniu. W końcu usłyszeliście znajome głosy i zobaczyliście wszystkich kompanów. Podbiegliście do siebie i po szybkiej rozmowie postanowiliście, że od razu poszukacie wejścia do strefy dla gości. Wróciliście do bramy i zaczęliście szukać jakiegoś przycisku, który ją otwiera. Niestety, nie było takiego, ponieważ do otworzenia wrót potrzebna była karta dostępu, której nie mieliście.

– Zna się ktoś na kablach? – pytasz z nadzieją.

– W sumie to tak. Pomagałem tacie przy elektryce – mówi Marek.

Od razu pokazujesz mu skrzynkę elektryczną, która otwiera lub zamyka bramę. Marek desperacko próbował rozszyfrować, co robi dany kabel.

– Zielony robi zwarcie… Żółty… nie wiem… Czerwony to awaryjne zamknięcie, a niebieski… nie wiem – tłumaczy Marek.

– Mamy szansę sześćdziesiąt na pięćdziesiąt. Albo otworzymy bramę i będziemy mogli ją kontrolować, albo zostaniemy przed wejściem i umrzemy z głodu.

Postanowiliście zrobić wyliczankę.

– Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie schowa, ten kryje.

Wygrał niebieski, więc podałeś Markowi nóż i przeciął kabel. Nagle dioda zaświeciła się na zielono, a głos z komputera powiedział: „Dostęp uzyskany”. Brama otworzyła się, ale robiąc przy tym straszny hałas.

– Czemu to takie głośne?! – pyta Nina z łzami w oczach.

Wbiegliście przez drzwi i od razu udaliście się do hotelu, żeby przydzielić zadania i odpocząć. Znaleźliście pokój i weszliście do niego bardzo ostrożnie. Był duży, z trzema łóżkami, kuchnią i toaletą. Odłożyliście plecaki na podłogę i położyliście się na łóżkach.

– Dawno nie czułam się tak przyjemnie – mówi Amelia.

– Ja też – dodaje Leo.

– Jutro z samego rana przydzielimy zadania. Wiemy, że w strefie dla gości jest dużo restauracji, dwie apteki, budynek kontroli parku i budynek straży parku. Ja pójdę do budynku straży i kontroli, Marek do restauracji, Leo do apteki, a Amelia zostanie pilnować Ninę.

Nastał dzień i poszliście według ustalonych wczoraj ról. Dałeś też jedno walkie-talkie Markowi, żeby można było się komunikować. Wszedłeś do budynku straży i poczułeś zapach gnijącego mięsa. Podszedłeś bliżej i zobaczyłeś naukowca wypatroszonego jak świnię. Starałeś się nie zwymiotować i odwróciłeś wzrok. Zobaczyłeś dwie duże szafy pancerne, które na szczęście były otwarte. Zajrzałeś do pierwszej i zobaczyłeś dwa paralizatory na kijach z przyciskiem aktywacyjnym na dole, apteczkę i kolejną parę walkie-talkie. W drugiej szafce było to samo, tylko była jeszcze saperka.

– To jest najlepsza rzecz, jaką znalazłem od ostatniego tygodnia – mówisz z zadowoleniem.

Wracasz do hotelu, w którym odkładasz wszystkie znalezione rzeczy i idziesz poszukać apteki, do której udał się Leo. Chłopak tymczasem próbował rozszyfrować PIN do szafki.

– No dawaj… dawaj… – mówi sam do siebie z nadzieją.

Nagle dioda świeci się na zielono, a skrytka się otwiera. Były w niej dwie strzykawki ze środkiem przeciwbólowym, dwie duże apteczki, flara i koc termiczny. Zapakował wszystko do plecaka i zaczął iść w stronę bazy. Było to ciężkie, ponieważ plecak ważył ponad dziesięć kilogramów.

– Leooo! – krzyczysz do kolegi, który ucisza cię i mówi, żebyś się zamknął.

Wtedy słyszysz piski dobiegające z apteki. Wybiegają z niej małe, opierzone dinozaury.

– To moros intrepidus – tłumaczy kolega.

– Podejdź powoli i bezszelestnie – mówisz.

Ale zamiast posłuchać, Leo zaczyna skakać, krzyczeć i machać rękami. Wtedy małe gady uciekły w popłochu jak szczury przed psem.

– Wracamy do hotelu. Musimy odłożyć rzeczy i poszukać Marka.

– Zgadzam się – mówi Leo.

Rzuciliście rzeczy na łóżko i od razu poszliście szukać kolegi. Po kilkudziesięciu metrach zauważyliście świecący napis „Restauracja”, który o dziwo działał.

– Musimy kiedyś sprawdzić, skąd bierze się ten prąd – mówi Leo z powagą.

W końcu docieracie do szklanych drzwi i widzicie Marka, który siedzi pod stołem.

– Co ty robisz?

– Cicho! – mówi Marek.

Wtedy z kuchni dobiega dźwięk spadających patelni i garnków i widzicie dwa atrociraptory. Jeden w kolorze brązowym, a drugi ciemnozielonym.

– Musimy uciekać, i to szybko.

– Nie wyjdę stąd bez zapasów – mówi Marek i w jednym momencie rzuca się na zwierzę z częścią połamanego krzesła. Wbija ją stworzeniu w korpus, które ryczy i odpycha go swoim ogonem. Impakt był tak duży, że złamał Markowi dwa palce, kiedy próbował się bronić.

Nie mogłeś zostawić tak kolegi, więc skoczyłeś na szyję dinozaura i zacząłeś wkładać mu palce do oczu i bardziej rozrywać ranę w korpusie. Po kilku minutach jego kolega wrócił i skoczył na ciebie, wbijając pazur w bark.

– Pochyl głowę! – krzyczy Leo, uderzając atrociraptora metalowym prętem, który wbija mu się w głowę, dziurawiąc czaszkę. Myśleliście, że będzie już martwy, ale nadal trzymał się na nogach i uciekł wraz ze swoim kolegą do lasu.

– Wszystko dobrze? – pytasz Marka, przestraszony.

– Połamał mi palce… Musimy iść je czymś usztywnić – odpowiada.

Szybko zbierasz do plecaka owoce w puszce, biszkopty i dwie butelki wody. Łapiesz go za bark z lewej strony, Leo z prawej i oboje idziecie do hotelu.

– Jezu, co się stało?! – pyta zrozpaczona Amelia, wychodząc z pokoju.

– Daj jakiś patyk od lodów i bandaż albo cokolwiek do usztywnienia.

Dziewczyna podaje ci patyczek od lodów ze śmieci i kawałek bandażu z apteczki. Od razu zabezpieczasz palce kolegi i wstrzykujesz mu lek przeciwbólowy w rękę.

– Musimy poczekać, aż wyzdrowiejesz. Nie możemy się tak poruszać.

– Złamane palce leczą się cztery–pięć tygodni. My nie możemy tyle czekać – mówi Leo.

Kiedy kończy zdanie, słyszycie, że coś przewraca się w pokoju obok. Wystraszony łapiesz za paralizator i powoli poruszasz się w stronę wyjścia, nie robiąc żadnych gwałtownych ruchów. Wychodzisz z pokoju i stajesz przy drzwiach.

– Na trzy wchodzimy – mówisz do Leo, który trzyma nóż składany w ręce.

– Raz… dwa… TRZY!

Wyważacie drzwi i widzicie poszarpaną i wystraszoną dziewczynę.

– Kim ty jesteś? – pytasz zdziwiony.

– Mam na imię Jin – odpowiada dziewczyna.

– Jak tu zostałaś?

– Porzucona po ewakuacji. Patrzyłam na dinozaury, kiedy upadłam i straciłam przytomność. Kiedy się obudziłam, nikogo już nie było. Pomożecie mi?

– A ty pomożesz nam? Co umiesz robić?

– Yyyyy… emmmm… umiem… yyy… otwierać drzwi wszelkiego rodzaju… tak właśnie.

– Okej, to na pewno się przyda. Idziesz z nami.

Zaprowadziliście Jin do pokoju i przedstawiliście ją innym. Po zapoznaniu Jin mówi:

– Kiedy straciłam przytomność, ostatnia rzecz, którą pamiętam, to moment, kiedy telefon wypada mi z rąk i wpada do wybiegu z… yyy…

– Z czym? – pyta zdesperowany Leo.

– Z… suchomimami! Możliwe, że nadal działa. Musimy po niego iść.

– Spokojnie, pójdziemy po niego, ale dopiero jutro. Musimy nabrać sił i rozpracować plan. Ja, Leo i Jin pójdziemy do wybiegu i poszukamy telefonu. Amelia, Nina i Marek zostaną w pokoju i będą informować nas o potencjalnych zagrożeniach przez walkie-talkie. Kiedy Markowi się polepszy, pójdziemy na zwiady i sprawdzimy, co jest w innych klatkach – mówisz stanowczo.

– Bardzo dobry pomysł – mówi Amelia, kładąc się do łóżka.

– Chodźmy spać, musimy nabrać sił przed szukaniem – mówi Nina.

– Dobranoc! – mówi Jin. – Do jutra.

Przepraszam że tak długo nic nie wrzucałem alejestem na wakacjach i nie mam zabardzo czasu

Komentarze (0)

Brak komentarzy

Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!