—Powiadomimy Sal i Numę, żeby ich Wartownicy powiększyli swoje obszary patrolowe. —odezwał się Salombo. —Nie martw się o swoją rodzinę, dopilnujemy, aby niczego im nie brakowało. Szanujemy twojego ojca tak samo jak wtedy, kiedy wypływał w Morze albo wychodził na Klify by nas strzec.
Acheron spojrzał na ojca, który wrócił już do siebie i teraz płakał cicho, schowawszy twarz w dłoniach. Wiedział, że ojciec nie chce, aby syn widział go takim zbyt często...
—Twoim zadaniem jest teraz udać się na południe i wrócić gotowym do służby.
—A więc wyruszę jeszcze dziś.
Naia
Po drugiej stronie lądu łagodny nurt rzeki omywał burty małej, ale solidnej i pięknie zdobionej łódki. Łódka miała tylko jednego pasażera, który jednocześnie był jej siłą napędową, wiosłując pod słaby jeszcze mimo znacznego oddalenia od ujścia wodny prąd.
Była to młoda dziewczyna, której uroda i strój od razu zdradzały, że jest Bukhanką. Jej rodzinne miasto znajdowało się daleko w tyle, za ujściem rzeki, za dziesiątkami morskich fal... Bukhu wyrastało z morza, kamienne miasto omywane błękitnymi falami i skąpane w słońcu południa.
Dlaczego się od niego oddalała? Miała powody.
Niebo na zachodzie stawało się już brzoskwiniowe a to oznaczało, że powinna rozbić obóz na noc.
Nie potrzebowała wiele – tak została wychowana. Wyciągnęła po prostu łódkę na ląd, a rozłożony w niej koc i rozpięte na burtach nieprzemakalne płótno na wypadek deszczu , które w razie czego służyło też za płaszcz, wystarczyły jej za posłanie i schronienie.
Z mapy, którą narysowała przed wypłynięciem w podróż wynikało, że już jutro powinna dotrzeć do granic Podgórza i rzeczywiście, z jej obozowiska było już widać granicę lasu.
Z jednej strony cieszyła się, bo to oznaczało, że cel jej podróży jest już niedaleko ale z drugiej...
Jutro dotrze do miejsca, w którym rzeka przestanie być żeglowna. A to oznaczało, że będzie musiała zostawić łódkę na brzegu i pójść dalej pieszo.
Ta łódka była jej dziedzictwem, kawałkiem domu, który brała ze sobą. Wiedziała, że będzie jej ciężko porzucić coś, co w jej rodzie było przekazywane z pokolenia na pokolenie, czego używało już dwóch filozofów, których nazwiska umieszczono na ścianach Sokratium... ale musiała. Musiała się jakoś dostać na ląd, a każda rzeka w końcu traciła żeglowność przed punktem, do którego zmierzała Naia – pomnikiem Tych, Którzy Odeszli na krańcach wielkiego miasta Myriada.
Tak, jak obiecała.
Nie znieważy tym przecież swojej rodziny - przynajmniej nie bardziej, niż dotąd... A może jej nieobecność nawet przysłuży się matce i siostrom. Ojciec też by zrozumiał. Przodkowie by zrozumieli. Bracia, ci, którzy teraz spoczywają na dnie morza. Cirtak...
Schowa łódkę tak, żeby nikt jej nie znalazł. Zabezpieczy ją, żeby nie zniszczała. Jeśli napotka jakiegoś tubylca po drodze, zapłaci mu, żeby jej pilnował. I, jak tylko będzie mogła...
Jeśli będzie w stanie, może kiedyś wróci.
Ryan
Wysokie świerki porastające gęsto pofałdowane tereny Podgórza zazwyczaj chroniły przed deszczem bardzo długo, ale tej nocy lało tak mocno, że już po pół godzinie korony zaczęły przepuszczać ciężkie krople, uderzające teraz z impetem bezpośrednio w leśną ściółkę przy akompaniamencie gromów.
Wspaniała pogoda na wyruszanie po kryjomu w daleką podróż, nie ma co.
Tak naprawdę, to bardzo, ale to bardzo nie chciało mu się wychodzić. Z rodzinnego domu na skraju ukochanego miasteczka, pachnącego starym drewnem, macierzanką i ciepłego od wygaszonego już na noc pieca, z miejsca, gdzie wszystkich znał i gdzie zawsze czekała jego starsza siostra, gotowa pomóc i pocieszyć — w burzę, ulewę, błoto i ciemny las, w nieznane i w daleką wędrówkę, która wcale nie musiała się dobrze skończyć, w niepewną przyszłość...
Tyle, że jeśliby został, jego przyszłość i tak wyglądała nieciekawie.
Wczoraj wyrzucili go z ostatniej roboty, jaką był w stanie znaleźć w okolicy. Wszystko przez to, że znowu nie zdołał się powstrzymać przed wypowiedzeniem kilku słów, które doprowadziły jego współpracownicę do płaczu. To był już trzeci raz... w tym miejscu zatrudnienia. Nic dziwnego, że szef w końcu go wywalił. Jak każdy poprzedni.
Umiejętność trafiania słowami w czuły punkt byłaby być może jego największym atutem, gdyby tylko potrafił się od tego czasem powstrzymać... inaczej miało to tyle sensu, co posiadanie potężnego miecza i używanie go do machania nim we wszystkie strony, raniąc przy okazji każdego, kto przypadkiem znajdzie się w zasięgu ostrza.
To ostrze zniszczyło właśnie definitywnie jego szanse na pracę gdziekolwiek w zasięgu pięciu godzin drogi od domu. To oznaczało, że żeby znaleźć pracę, musiałby się wyprowadzić, ale co to zmieni? Gdziekolwiek nie zamieszka, przecież i tak w końcu znów kogoś obrazi i wszystko zacznie się od początku... chyba, że legendy mówią prawdę. Że pod Pomnikiem Przedwiecznych na krańcach Myriady ci, którzy wchodzą w dorosłość bez nadziei na przyszłość dostają swoją ostatnią szansę. Jak dla niego, to brzmiało to głupio i naiwnie, no ale warto sprawdzić, nie? A jeśli nic tam nie ma, to chociaż odwiedzi tamtejszych lekarzy umysłu – może oni mu poradzą, co ze sobą zrobić?
Pierwszy dzień lata, o świcie – tylko w ten dzień, mówiono, jest tam czego szukać, co czyniło tę historię jeszcze mniej wiarygodną, no ale. Pierwszy dzień lata byłby dniem, w którym ukończyłby szkołę, z której go wyrzucili i dniem, w którym podjąłby się szukania stałej pracy, na znalezienie której jak na razie stracił nadzieję.
Jego biedna siostra pewnie będzie się okropnie martwić jak odkryje, że zniknął... z drugiej strony, w końcu będzie mogła odetchnąć. Od pracy ponad siły, żeby tylko niczego nie zabrakło jej nieporadnemu braciszkowi po tym, jak oboje ich rodziców wyszło pewnego dnia z domu i już nie wróciło. Od wyzwisk i przytyków, z niezamierzoną precyzją wycelowanych dokładnie w te zakamarki jej duszy, których ruszenie najbardziej bolało... wiedział, że choćby przepraszał za to całą wieczność, te rany się nie zagoją. Był na siebie za to wściekły. Tak, lepiej będzie, jeśli Esme od niego odpocznie.
Żeby za bardzo się nie martwiła, zostawił list na komódce w przedpokoju, a później odszedł w deszcz i mrok.
Cześć, Esme.
Zakładam, że teraz jesteś przerażona, być może obudziłaś już pół wsi, żeby mnie szukali. Chcę cię jednak zapewnić, że wszystko u mnie w porządku. Czasami wychodziłem o tej porze do pracy, pamiętasz? To pomyśl sobie, że teraz też wyszedłem, tylko moja zmiana troszkę się przeciągnie. Jako dowód, że nie uciekłem z domu jak ostatni pajac, powiem ci, gdzie dokładnie się wybieram: do Myriady. Wkrótce napiszę do ciebie list i zobaczysz, że będzie na nim stempel tamtejszej poczty. Spakowałem wszystko, o co robiłabyś mi awanturę, gdybym tego nie wziął – nawet czapkę i całą paczkę brzozowego proszku. A tak w ogóle, to w przyszłym tygodniu u Frogów urządzają wspólne śpiewy i Marley też tam będzie.
Przepraszam cię jeszcze raz, za wszystkie idiotyczne kłamstwa, którymi próbowałem cię obrazić, gdyż jestem debilem.
Trzymaj się
Ryan
Hester
Dom Ravenów stał w pewnym oddaleniu od najbliższego miasteczka, ukryty wśród buków. Kiedy nad Międzymorzem zapadał zmrok, a wewnątrz domu paliło się światło, żółty prostokąt okna zachęcał, żeby iść w jego stronę.
No więc było to może i całkiem malownicze, ale oznaczało, że Hester musiała iść z miasteczka do domu na piechotę aż dwadzieścia pięć minut! Po tak ogromnym wysiłku fizycznym nie pozostało jej nic innego, jak dramatycznie rzucić się na tapczan w kuchni, na której podłodze jej rodzice właśnie rozkładali zebrane dziś próbki.
— Pięć godzin układania rzeczy na półkach! — jęknęła żałośnie. — Nawet nie wiecie, jakie to jest nuuudne! A jeszcze męczące do tego!
— Przypominam ci, że sama chciałaś zgłosić się na praktyki w sklepie zamiast iść do liceum. —Odezwał się spokojnie Ernest Raven, oglądając pod lupą fragment czegoś, co mogło być odłamkiem maleńkiej soczewki albo czymś zupełnie innym... właśnie to próbował ustalić.
—Bo nie miałam wyboru! —Jedyna córka pary Badaczy Ruin wcisnęła twarz w poduszkę. —Kompletnie nic mi ta cała nauka nie wychodzi! —Jej głos był przytłumiony grubą warstwą tkaniny, ale nie chciało jej się podnosić głowy tylko po to, żeby mówić głośniej. —Ani literatura, ani medycyna, ani zdolności badawcze, nie mówiąc już o tym, jak bardzo nie umiem być konstruktorem! I nawet gotować nie umiem, a na piękną przewodniczkę też się nie nadaję bo moja twarz wygląda jak kóóóółkooooooo!
-Twoja twarz wygląda zupełnie normalnie. -zapewniła Brenna Raven, zajęta czyszczeniem za pomocą delikatnej szczoteczki fragmentu dziwnie zdobionej blaszanej płytki.-Ale powiedz mi: co w takim razie chciałabyś robić?
Hester aż podniosła twarz z poduszki.
—Coś fajnego. Może zostać eksplorerką w Myriadzie, albo pilnować wybrzeża przed potworami ze Starego Morza, albo działać w ruchu oporu w Ditirichu, albo poszukiwać przygód z Błędnymi Rycerzami, albo...
Jej ojciec westchnął.
—Wszystko o czym mówisz... nie wygląda tak przyjemnie, jak w książkach, które czytasz. Zresztą, dobrze wiesz, że to niemożliwe.
—Natanael jakoś mógł! —Prychnęła Hester. —Założę się, że właśnie przeżywa jakieś niesamowite...
Nie dokończyła.
Przez chwilę zapadła niezręczna cisza. O Natanaelu, bracie bliźniaku Hester, w domu Ravenów raczej rzadko się rozmawiało. Chłopak któregoś dnia po prostu zniknął, a dwa dni rozpaczliwych poszukiwań i dwie nieprzespane noce później przysłał list, w którym zawiadamiał swoją zaniepokojoną rodzinę, że znalazł sobie nowy, lepszy dom, w którym nikt nie będzie go ograniczał i w końcu będzie mógł rozwinąć skrzydła i żeby go nie szukali. Ernest, Brenna i Hester czytali ten list wielokrotnie, próbując zgadnąć, czy list nie jest sfałszowany albo czy Nat nie został do jego napisania zmuszony, ale nic na to nie wskazywało. W końcu pogodzili się z faktem, że tak mało dla niego znaczyli.
—A wiecie co? —Siostra wyżej wspomnianego nagle wpadła na pomysł. —W sklepie uczy mnie taka staruszka, ma na imię Myrtle, i, no... trochę jej narzekałam na to moje smutne życie... —Zerknęła na rodziców, szukając w ich twarzach wyrazu potępienia.
—Mów dalej. —Westchnęła matka.
—A ona mi opowiedziała, że jak się ma beznadziejne życie, to można w pierwszy dzień lata o świcie iść pod Pomnik Przedwiecznych w Myriadzie, i tam jest jakaś szkoła, czy coś... w każdym razie podobno to jest taka szkoła, że jak ktoś ma zjechane życie to... no, przestaje mieć? Coś takiego. I powiem wam, że to dla mnie totalnie brzmi jak miejsce, do którego Nat mógł trafić! A pierwszy dzień lata już niedługo więc... więc pomyślałam sobie, że może mogłabym tam pójść i zobaczyć, czy go tam nie ma... pozwolicie mi? Prooooszęęęę!
Ernest i Brenna przekazali sobie spojrzenia wyrażające więcej niż słowa. Częstotliwość, z jaką ich córka wpadała na tego typu pomysły, niezmiennie ich zadziwiała.
—Przyznaj się, po prostu chcesz iść do tej szkoły. —Ojciec nie wyglądał, jakby był na nią zły... —Jeśli masz pieniądze na podróż, to nie widzę problemu. Sam w twoim wieku uciekłem z domu do Myriady, żeby studiować , byłoby więc z mojej strony hipokryzją odmawiać ci tego... Brenna?
—Tylko pisz do nas często i wróć za niedługo. I jeśli cię nie przyjmą... to znaczy, jeśli nie znajdziesz Natanaela, nie odbieraj tego jako porażki.
Obydwoje przeżyło miniaturowy zawał serca w obawie o swoje próbki, kiedy Hester rzuciła się na nich i objęła ramionami oboje naraz.
—Dziękuję, dziękuję, dziękuję!!! —Po raz pierwszy chyba widzieli swoją córkę aż tak uradowaną. —Obiecuję, że nic mi się nie stanie, i że będę pisać, i was odwiedzać... I trzepnę Nata w ucho za to, co wam napisał! Nie jestem taka jak on!
No to... wyruszam już jutro! Idę się pakować!
Akka
W przytulnej, chociaż surowo urządzonej salce w przyziemiu Szkoły Obowiązkowej numer 3 w Myriadzie kończyła się właśnie lekcja obozowania dla klasy o kierunku eksplorerskim.
Sześcioro uczniów przedostatniej klasy szkoły składało elementy Obozu Na Terenie Leśnym, który rozłożyli tutaj na zaliczenie. Maty i koce, namiot, kociołek, przedmioty osobiste – wszystko to musiało się zmieścić w plecakach przyszłych podróżników ścieżek Efektu Myriady.
Tamon Hrygg, doświadczony eksplorer i wychowawca klasy, był zadowolony z postępów swoich podopiecznych. Znał każdego z nich z osobna, pamiętał, w czym są dobrzy, jakie są ich słabości, jaką mają osobowość a nawet co lubią, a czego nie lubią. Ratt był specem od ognisk, chociaż lepiej było mu nie dawać noża do ręki, bo zwykle przypadkiem się nim kaleczył; Simmy pięknie grał na flecie, umiał też zasnąć i stanąć na nogi na zawołanie, co w tym fachu wbrew pozorom nie jest bez znaczenia; Kalia i Tess były niesamowicie wytrzymałe, potrafiły też z każdej podanej im jadalnej rzeczy ugotować coś, co wprawdzie wyglądało jak zagęszczona kałuża, ale smakowało wyśmienicie; w końcu Rodan miał wrodzony zmysł do portali a Ton – doskonałą pamięć, więc połączeni tworzyliby idealnego trasera.
Przez lata Tamon nabrał przekonania, że po odpowiednim przeszkoleniu, przy indywidualnym podejściu i oczywiście po stosownej ilości czasu i przy odrobinie chęci eksplorerem może zostać każdy...
No, prawie każdy.
—Mogę wejść? -—Usłyszał nieśmiały, dziewczęcy głos od strony drzwi. Dobrze znał ten głos.
—Wejdź, Akka. -—Westchnął.
Do pomieszczenia wślizgnęła się wysoka blondynka w niebieskiej, koronkowej sukience. Na jej białej cerze doskonale widoczny był rumieniec.
—Przepraszam, że nie pojawiłam się na zajęciach wyrównawczych. —Wyrecytowała, jakby od kilku godzin układała sobie ten tekst w głowie. —Malowałam kwiaty z Ogrodów Uniwersyteckich i straciłam poczucie czasu...
—W porządku. —Hrygg był przyzwyczajony do takich wybryków tej konkretnej uczennicy. —Zapewne przyszłaś się dowiedzieć, jaką ocenę otrzymałaś z testu? —Westchnął z niekłamanym żalem. —Muszę cię zmartwić: nie zdałaś, a to była ostatnia szansa na poprawę tego materiału.
W oczach dziewczyny zaszkliły się łzy.
U kogo innego uznałby to za oznakę słabości, ale ona... Dość powiedzieć, że ten konkretny test poprawiała drugi raz, na zajęciach wyrównawczych i to powtarzając klasę, choć gdyby przeniosła się na kierunek inny niż eksplorerski, mogłaby już spokojnie iść do liceum. Takie zaangażowanie zakończone kolejnym niepowodzeniem dobiłoby nawet twardego człowieka.
Zdarzało mu się nie przepuszczać uczniów do kolejnej klasy, ale były to zazwyczaj indywidua albo niezwykle leniwe, albo zbuntowane, albo zbyt pochłonięte innymi zajęciami, żeby poświęcić na naukę trochę czasu. Do Akki natomiast nie potrafił przypisać żadnej z tych cech. Mimo, że na początku ją o nie posądzał, z czasem przekonał się, że dziewczyna potrafi siedzieć do nocy nad podręcznikami, cały swój plan dnia podporządkowuje kształceniu się w kierunku eksplorerstwa (dowiedział się nawet, że specjalnie zapisała się na lekcje samarthy, licząc, że to pozwoli jej opanować swój charakter) i bez zastanowienia wyrzuca ze swojego grafiku niemal wszystko, co kolidowałoby z obraną przez nią ścieżką kształcenia. A jednak...
—Jak to możliwe? —Drżał jej głos. —Jestem pewna, że przynajmniej połowa była dobrze!
—Tak, dokładniej pięćdziesiąt pięć procent. — Tamon uśmiechnął sięsmutno. — Ale to nie wystarcza, aby zdać poprawę... proszę cię, nie płacz. Wiem, ile to dla ciebie znaczyło... ale czasem po prostu trzeba odpuścić. Ten rysunek, który nabazgrałaś na marginesie testu mogłabyś spokojnie dołączyć do teczki ze szkicami w papierach do siódemki. Szczerze mówiąc, przydałaby się w tym mieście jakaś przeciwwaga dla nurtu artystów śmietnikowych... nie mówię, że cały ten nurt jest zły, ta kompozycja z kolorowych szkieł, która rzuca na ścianę obraz motyla, nawet mi się podoba, ale chciałoby się dla odmiany popatrzeć na coś innego!
—Malarstwo to coś, czym mogę się zajmować w wolnym czasie. —Wychlipała Akka. — Jeśli nie zostanę eksplorerką, zawsze będę czuła, że... no, wie pan.
Hrygg wiedział. Pamiętał, że pisały o tym gazety. Myriadanie rzadko przejmowali się czymkolwiek, ale zaginięcie w Efekcie córki Balto Buxa musiało ich zainteresować. Dlatego nie zdziwił się, kiedy na liście uczniów zapisanych do klasy eksplorerskiej zobaczył imię i nazwisko jej starszej siostry.
—Psze pana! —Odezwał się Rodan. —Bo myśmy już skończyli, i czekamy na ocenę!
—Wyjdźcie na korytarz, mam teraz ważną rozmowę z waszą koleżanką. Za chwilę do was dołączę, macie w tym czasie dodatkowe kilka minut na upchnięcie wszystkiego do plecaków. —Wymownie spojrzał na saperkę trzymaną przez Kalię w ręku oraz na plik czystych kartek w dłoni Tona.
Wyszli. Uczennica i nauczyciel zostali sami.
—Rozumiem cię, Akko, nawet nie wiesz, jak bardzo. —Popatrzył jej w oczy. —Mój przyjaciel z lat dziecinnych zaginął w Efekcie tak samo, jak twoja mała siostrzyczka. Zostałem eksplorerem właśnie dla Watta... Ale musiałby zdarzyć się cud, żebyś mogła zdawać egzamin dojrzałości w kierunku Eksplorowania Efektu Myriady.
—A więc to niemożliwe... —Dawno nie słyszał głosu przepełnionego taką rezygnacją. Od samego jego brzmienia pękało mu serce. Musiał, po prostu musiał dać dziewczynie nadzieję.
—Nie powiedziałem, że to niemożliwe, tylko, że musiałby zdarzyć się cud. To pewna różnica.
Akka przetarła oczy mankietem sukienki.
—Co ma pan na myśli?
—Wiesz dobrze, że w Myriadzie jest dwanaście szkół obowiązkowych, dwanaście liceów i jeden uniwersytet z dwunastoma wydziałami, prawda?
Tak, jak przewidywał, skinęła głową.
—Nieprawda! —Uśmiechnął się szeroko. —Gdybyś kiedyś została egzaminatorem dopuszczającym do egzaminu dojrzałości, przekonałabyś się, że na liście szkół, których ukończenie gwarantuje możliwość przystąpienia, znajduje się trzynaście liceów. To ostatnie jest po prostu... mało znane? nieoficjalne? tajne? a nawet... legendarne.
Musiałaś o nim słyszeć, Akko.
—Liceum Ostatniej Szansy... — Wymamrotała, a jej oczy otwarły się szerzej ze zdziwienia. —Pierwszy dzień lata, o świcie, pod Pomnikiem Tych, Którzy Odeszli. Pomaga odnaleźć drogę tym, którzy żadnej już przed sobą nie widzą... to piękna legenda, ale przecież byłam tyle razy pod tym pomnikiem, i niczego tam nie ma!
—Cuda się zdarzają, Akko. —Twarz Tamona Hrygga była nieskończenie poważna.
Ważna informacja: Opisane tutaj postacie nie do końca stworzyłam sama. Zostały wymyślone przez sześć osób, z których mam już kontakt tylko z jedną. W tym momencie już znacznie różnią się od pierwowzorów, ale uważam, że warto o tym wspomnieć.
Brak komentarzy
Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!